wyszukaj zwierzaka
    • Psy
    • Koty
    • Konie
    • Lisy
    • Świnie
    • Kozy
    • Owce
    • Krowy
    • Inne
    • Odeszły
    • Nowe w schronisku
    • Adoptowane
    • W domu tymczasowym
Data: październik, 17th, 2019

I <3 Korabki - roczek mojego wolontariatu

Oceń ten artykuł
(0 głosów)


I <3 #Korabki
Roczek mojego wolontariatu w Korabiewicach

Chciałabym Wam przedstawić pewne miejsce. Mogłabym o nim mówić godzinami. I wiem, że za każdym razem, jak o nim mówię, błyszczą mi się oczy.
Miejsce pełne emocji – przeszłość miesza się z przyszłością. Żyje własnym rytmem. Jest dużo przestrzeni. Cisza przeplatana wyjątkowymi dźwiękami – szczekaniem, rżeniem, chrumkaniem, muczeniem, miauczeniem, ale i śmiechem, a czasami niestety i szlochaniem…
Do Korabiewic przyjechałam pierwszy raz 15 września 2012 roku. Pamiętam jak dziś swoją pierwszą podróż z miskami, kocami pod nogami, na nogach. Jechałyśmy wówczas z Pauliną i Kasią małym autkiem. Z Centrum zgarnęłyśmy Gosię od adopcji. Miałyśmy wiele pytań. Gosia odpowiadała faktami, a resztę-powiedziała-zobaczcie same.
Ten pierwszy dzień…zaczęłyśmy od sprzątania psich kup w boksach. Tu  pomoc była potrzebna najpilniej. Spacery z psami nie miały jeszcze wtedy swej regularności i tylu chętnych.
„Poznasz człowieka swego, przez sprzątanie kup przez niego”. Być może dlatego przyszedł Rafał (zaklinacz koni i wszystkiego innego, co duże bądź wymagające poskromienia) i wspólnie sprzątaliśmy boksy na „Górkach”.
Jak wspominam ten pierwszy dzień? Zachłyśnięcie przestrzenią, spokojem wsi, naturą. Sympatycznym przyjęciem przez ludzi Schroniska. Do tego bardzo pogodne psy z błyszczącą sierścią. Niedojedzone sucha karma w  miskach. Schronisko dla zwierząt? Można. Już wtedy.

Ale zobaczyłam, ile to miejsce wymaga pracy – stare budy, bliskie rozwalenia się boksy, braki w materiałach remontowych, tak strasznie mało rąk do pracy, mało wolontariuszy. A to tylko godzina drogi z Warszawy. O co chodzi?
W drodze powrotnej, kiedy omawiałyśmy cały dzień, będąc wciąż w pozytywnych emocjach, zaświeciła mi się żarówka „W tym miejscu jest taki potencjał, trzeba go pokazać i dać szansę temu miejscu inspirować dalej”.
Marketing dźwignią handlu. Marketing dźwignią pomagania.

Z wykształcenia i doświadczenia jestem tym kimś od widzenia możliwości. A tak wprost, to jestem zakochana w internetach.
Skontaktowałam się z Czarkiem, prezesem Fundacji Viva, która przejęła opiekę nad Korabiewicami w lutym 2012. Umówiliśmy się na spotkanie. Jechałam na nie z lekkim nastawieniem, „co ja mogę zaproponować tak dużej organizacji prozwierzęcej”, i jaki będzie prezes tej „dużej Fundacji”. I znów, miło zostałam zaskoczona – skromne biuro na Kawęczyńskiej, śmigające między nogami koty, którzy pracownicy Vivy odratowali, kilkoro ludzi i sam Czarek – skromny, kontaktowy, merytoryczny. Lubię rzeczowe rozmowy. Lubię wyznaczanie celów, szukanie rozwiązań i rzetelną pracę, zaangażowanie. Znalazłam świetny grunt do współpracy. Zaproponowałam, że mogę wspomóc Korabiewice poprzez m.in. zajęcie się jej fanpejdżem oraz stroną www.
Być może zwróciliście uwagę, że pisałam w cudzysłowie o Fundacji. Na początku mojej korabiewickiej przygody tak myślałam o Vivie, więc zakładałam, że dadzą sobie sami radę. Że mnie nie potrzebują. Jak mylne moje było podejście. Konkretne ręce do pracy były i są potrzebne. Ludzie z pomysłami i chęcią zrobienia swojego własnego małego-dużego cudu. Nie wyobrażacie sobie nawet, jak wyuczone czy nabyte kwalifikacje mogą przydać się Korabiewicom.

I zajęłam się onlinem – zdjęcia, posty, grafiki, akcje, kampanie. Chciałam pokazać to miejsce wyjątkowe szerszej publiczności, te wspaniałe zwierzęta, tych niesamowitych tytanów pracy z niesamowitym podejściem do zwierząt, tę opiekę. Facebook stał się orędownikiem. Szybkie rozprzestrzenianie się informacji. Zaczęli przybywać nowi wolontariusze, za nimi kolejni, nowe adopcje, nowi darczyńcy.

Zawsze uśmiechałam się, gdy czytałam posty pełne wyrzutu „o, zbieracie żebrolajki”. Tak, zbieramy, niech i tak będzie. Dla nas było i jest to „być albo nie być”. Gdy jest się zależnym od darczyńców, gdy nie ma się finansowania z gminy, to tak, żebrolajki na fejsie to najmniejszy nasz problem. Oczywiście, bezpośrednio samym lajkowaniem świata się nie zbawi, ale np. wśród tych nowolubiących profil znajdą się ludzie, którzy realnie będą chcieli pomóc. I tak też się zadziało i dzieje. Facebook nas zauważył. Mam nadzieję, że zauważy nas jeszcze bardziej. Musimy obecnie zrobić kosztowny remont boksów oraz utwardzenie terenu, przydałyby się fundusze, przydałby się nowy zasięg, nowi Fani. Potrzebujemy pomocy, zwierzęta potrzebują pomocy.

Tak, teraz nastąpi poproszenie Was o zapraszania znajomych do polubienia naszego profilu, a także prośba o udostępnianie wybranych przez Was postów. Tak, nadal potrzebujemy pomocy. Tak, Wy ją możecie zapewnić.
Musicie pamiętać jednak, że to co widzicie na profilu Korabiewic to tylko wycinek rzeczywistości. Uwierzcie mi, że za tym wszystkim stoi ogrom pracy. Tu nic nie przychodzi łatwo, od tak. Na wszystko trzeba zapracować, wychodzić, ugadać. Naprawdę nie ma nic za darmo. We wszystko trzeba włożyć jakieś zasoby-czasu, pieniędzy, ludzi.

Na przestrzeni tego roku miałam możliwość poznania wielu wspaniałych nowych ludzi. Ludzi z sercem, w różnym wieku, z różnych środowisk, różnych zawodów, z chęcią realnego pomagania, a nie dywagowaniu o pomaganiu. Gdy widziałam ten błysk w oku u nowych wolontariuszy, którzy z lekką dozą niepewności przychodzili pod schroniskową lecznicę, aby zapytać się, czy mogą wyprowadzić psy na spacer, a następnie obserwować ich emocje, gdy już wyprowadzali te psiaki z boksów. Ta nowość, ta ekscytacja, to chłonięcie przekazywanej wiedzy o zwierzętach i ich zachowaniach. Kolejni mali-wielcy bohaterowie, którzy dołożyli swoją cegiełkę do realnych zmian, powiedzieli stop bierności. Nie tylko zmian w Schronisku. Zmiany będą bowiem widoczne i poza nim.
Chciałabym bardzo kiedyś regularnie widywać „słitfocie” z Korabiewic „na fejsie.” Spacer z psem ze schroniska powinien być bowiem mainstreamowy. Bo dlaczego nie?

Na przestrzeni tego roku miałam możliwość poznać wszystkie korabiewickiego zwierzęta. Dzięki pracownikom Korabiewic dowiedziałam się więcej o pracy z psami – opiece, socjalizacji. Dziękuję, że tyle mnie nauczyliście. Przez ten rok przewijały się przez moje ręce informacje o adopcjach, zachorowaniach, śmierciach, podrzuceniach. Wiele historii. Od radosnych, po te, przy których leci łza. Przez ten rok zrobiłam zdjęcia wielu korabiewickim zwierzętom. Mam ujęcia, gdzie jest wielka radość – braci mniejszych i ludzi. Mam zdjęcia oczu zwierząt, które zmarły. Za każdym zdjęciem jest jakaś historia. Wspomnienia. Moje serce zrobiło zdjęcie Korabiewicom.

Samo Schronisko wymaga jeszcze wiele pracy, wiele pieniędzy, wiele ludzi. Ale mam pewność, że z tym nastawieniem do zwierząt (Przyjaciele, a nie kolejny pies, za którego ktoś dostanie jakieś peleeny), z tym nastawieniem do prowadzenia organizacji, Korabiewice mogą stać się placówką modelową, która będzie wyznaczać trend w opiece nad zwierzętami bezdomnymi. Ta wizja z pewnością przysporzy wielu wrogów, wielu internetowych hejterów. Wszak tam, gdzie od kogoś się oczekuje zmian, rodzi się opór. Niemniej Korabiewice i Viva równają w górę, a nie w dół.

Więc jak będzie? Czy Ty też rozpoczniesz swój rozdział korabiewickiej historii?
Polub-podaruj-przyjedź.

WoloIrka
PS. Masz pomysły na promocję, akcje, wydarzenia? Chcesz pomóc?
Napisz do mnie:
irena@viva.org.pl
[Artykuł z 2013 roku]

Czytany 3 razy
Ostatnio zmieniany: 3 lat temu (2019-10-17)