Schronisko

Switch to desktop

Regulamin toru agility

wtorek, 21 lipiec 2015
Oceń ten artykuł
(4 głosów)
Ostatnio zmieniany wtorek, 21 lipiec 2015 20:39


------REGULAMIN BOKSU AGILITY------

  1. [Zabezpieczenie]
    Zabezpiecz odpowiednio furtkę wybiegu (tak, aby pies nie uciekł z niego). NIE ZOSTAWIAJ PSA SAMEGO NA WYBIEGU!
  2. [Ilość psów]
    Na wybieg psy wchodzą pojedynczo chyba, że są z jednego boksu schroniskowego i każdy z psów ma swojego opiekuna do ćwiczeń.
  3. [Użytkownik]
    Pierwszeństwo do zajęć na wybiegu mają osoby, z które zamierzają ćwiczyć z psami komendy, sztuczki czy korzystać z poszczególnych elementów boksu do ćwiczeń. Osoby, które wchodzą z psem tylko po to, żeby pobiegał luzem proszone są o zwolnienie boksu dla osoby, która chce szkolić psa. Jeśli nie ma chętnych osób na ćwiczenia z innymi psami, to można przebywać na wybiegu z psem bez ograniczeń.
  4. [Lista kolejkowa]
    Lista na zapisy na wybieg dostępna jest w namiocie edukacyjnym. 1 osoba może zapisać psy na max 3 sesje.
  5. [Sesja]
    Maksymalny czas ćwiczeń (sesja) dla jednego psa to 30 minut, co pół godziny rozpoczynając od g. 9:00. Po tym czasie prośba o zwolnienie wybiegu dla kolejnych psów (chyba, że nikt nie czeka w kolejce).
  6. [Porządek]
    Zachowaj po sobie bezwzględny porządek (nie zostawiaj śmieci, smyczy, ubrań, nie przestawiaj "sprzętu"). Sprzątnij kupę psa, z którym trenowałeś.
  7. [Schody do ćwiczeń]
    Po schodach do ćwiczeń, jeśli nie ma takiej konieczności, chodzi tylko pies, a opiekun obok, po ziemi. W przypadkach, kiedy nie da się inaczej, może po nich chodzić opiekun.
  8. [Szacunek]
    Szanuj poświęcony czas i wkład finansowy, jaki włożyli twórcy w przygotowanie wybiegu przeznaczonego dla psów i korzystaj ze wszystkich "atrakcji" zgodnie z ich przeznaczeniem.
  9. [Zniszczenia]
    Jeśli którykolwiek z elementów wybiegu ulegnie zniszczeniu podczas Twoich zajęć z psem, będzie wymagał naprawy bądź usunięcia ze względu na zagrożenie, jakie stwarza - poinformuj o tym niezwłocznie pracowników schroniska.
  10. [Zakończenie zajęć]
    Po ćwiczeniach umysłowych psu należy się chwila relaksu, wyciszenia. Zalecany jest spacer poza wybiegiem, przed powrotem do boksu-miejsca zamieszkania.
  11. [Współpraca]
    Jeśli nie wiesz, czego i w jaki sposób możesz uczyć psa na wybiegu, poproś o pomoc doświadczonego wolontariusza lub skontaktuj się z koordynatorem wolontariatu.
Czytaj więcej...

Epilog – Szimi i Szenzi…historia zwierząt i ludzi

czwartek, 18 wrzesień 2014
Oceń ten artykuł
(3 głosów)
Ostatnio zmieniany czwartek, 18 wrzesień 2014 20:22


Szimi, wilczyca (hybryda) odeszła 1 kwietnia 2014. Niedługo po jej śmieci, również za Tęczowy Most zawitała jedna z najstarszych suczek korabiewickich Szenzi (niestety nie doczekała się własnego domu…), pamiętająca całą historię tego miejsca, burz, słońca, ludzi, zmian.
Dwa niezwykłe istnienia schroniskowe, dwie zamknięte, znamienne historie.
Postanowiliśmy, że obie damy pochowamy na cmentarzu dla zwierząt w Koniku Nowym.
Mimo dodatkowych aspektów finansowych z tym związanych (coroczna opłata), mimo ew. niezrozumienia przez odbiorców…to nasza historia, po prostu. Nasze emocje.

I okazało się, że prawdziwość emocji, prawdziwość działań znalazły zrozumienie.
Zrozumienie, które przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Empatia. Warto. Przeczytaj dalej.

Odezwała się do nas artystka-rzeźbiarka, pani Ida Karkoszka z propozycją…wykonania pomnika (nagrobka) dla obu dam.

Pani Ida tak pisze o swojej motywacji:
„Historia Szimi to nieprawdopodobny a wręcz nierealny ciąg wydarzeń, który jednak miał miejsce. Zaczynając od praktyk „hodowli” hybrydy psa z wilkiem w Kirgizji, po tułaczkę z miejsca w miejsce, gdzie  na każdym etapie jej wędrówki znajdował się ktoś kto ją ratował. Dowiedziałam się o istnieniu Szimi po jej śmierci. Dużo różnych emocji wzbudziła we mnie jej historia. Moim sposobem wypowiedzi, jako rzeźbiarki jest forma przestrzenna. Postanowiłam więc podjąć wyzwanie i wyrzeźbić Szimi, ukoronować w pewnym sensie jej pobyt na ziemi, wyróżnić.
Praca nad tego typu rzeźbą jest długa, wieloetapowa. Całość zajęła mi kilka miesięcy. Zależało mi na tym aby pies sprawiał wrażenie spokojnego, ale nie do końca ufnego, stąd pozycja leżąca troszkę w przykucnięciu, z głową nieco obniżoną. Mam nadzieję, że udało mi się uchwycić choć trochę Szimi.
Dodatkowym aspektem który pchnął mnie do wykonania tej rzeźby jest to jak funkcjonuje schronisko pod opieką Fundacji Viva.  Jestem pod ogromnym wrażeniem przemian, jakie się dokonały i dokonują w Korabiewicach. Wielki ukłon dla wszystkich zaangażowanych w polepszenie warunków schroniska.”


To nie koniec wzruszenia, to nie koniec…farta (bo chyba tak możemy nazwać szczęście, jakie mamy do właściwych ludzi).

Odezwała się do nas równolegle pani Katarzyna Swat:
„Dzień dobry Pani, kontaktowałam się ze Schroniskiem w Korabiewicach w sprawie grobu Szimi. Bardzo wyruszyła mnie jej historia. Często bywam na cmentarzu w Nowym Koniku, ponieważ pochwalam tam swoją króliczkę. Znalazłam tez od razu grób Szimi i postanowiłam się nim zaopiekować i z wielka przyjemnością będę to robić na stałe. Dlatego chciałam zaproponować, aby zgodzili się Państwo, żebym również opłacała coroczną składkę, która należy płacić za utrzymanie cmentarza. Będzie to dla mnie ogromny zaszczyt. Proszę napisać co Pani o tym myśli. 
W sobotę pozwoliłam sobie też trochę uporządkować grób Szimi.”


Co możemy jeszcze dodać?
Chyba po prostu DZIĘKUJEMY, że jesteście częścią Korabiewic, idei 3xP.
----------------------------
***Zapraszamy do zapoznania się z twórczością pani Idy:
https://www.facebook.com/ida.karkoszka.sculpture
http://www.idakarkoszka.com/


Wizytówka na www – Szimi:
http://schronisko.info.pl/adopcje/daj-dom/odeszly/szimi-detail
Wizytówka na www – Szenzi:
http://schronisko.info.pl/adopcje/daj-dom/odeszly/szenzi-detail

Czytaj więcej...

Jak wychowywać psa adoptowanego - historia Dextera - ciąg dalszy!

wtorek, 22 lipiec 2014
Oceń ten artykuł
(1 Głosuj)
Ostatnio zmieniany poniedziałek, 30 listopad -0001 00:00

Warto adoptować psy, warto adoptować ze schronisk!
Niesamowita przemiana dawniej Lorda Smutka, obecnie Dextera.
Ukłony dla opiekunów - za włożony wysiłek, nie tylko dobre chęci, by pies wiódł szczęśliwe życie!
Genialny przykład genialnej adopcji!
Dziękujemy!
-------------------
Dexter po 7 miesiącach u nas to nie ten sam pies! W ostatnim czasie nastąpił ogromny progres! Skupia się, bawią go ćwiczenia ze mną, jest chętny do współpracy i chętnie utrzymuje kontakt wzrokowy, co jeszcze nie dawno było mega złą i niekomfortową rzeczą!

Byłam przy kręceniu tych filmików, sama go zmontowałam... ale jak zobaczyłam go w całości to się po prostu poryczałam jak bóbr!

Adopcja wcale nie tak łatwego w prowadzeniu psa, ze swoimi ułomnościami dała mi tyle niesamowitej satysfakcji, takiego ogromnego kopa energii i chęci do działania, że trudno to opisać...

Schronisko w Korabiewicach - oficjalna strona z całego serca Wam dziękuję, że to właśnie nam powierzyliście los psiaka, który jest niezastąpionym PRZYJACIELEM MOIM, NASZYM I CAŁEJ RODZINY!

https://www.youtube.com/watch?v=eReUl7JQhDk&list=UUN1icbok975c_qPGSD1NJQQ
/ Monika
---------------
O Dexterze możecie poczytać jeszcze tu:
http://schronisko.info.pl/wolontariat/nasze-artykuly/item/428-jak-wychowywa%C4%87-psa-adoptowanego-historia-dextera

Media

Czytaj więcej...

Jak wychowywać psa adoptowanego - historia Dextera

poniedziałek, 09 czerwiec 2014
Oceń ten artykuł
(2 głosów)
Ostatnio zmieniany poniedziałek, 30 listopad -0001 00:00

Przyjaźni nie da się kupić, przyjaźń się wypracowuje lub/i adoptuje:).
Zainspiruj się kolejną historią dobrej adopcji - Dexter.

----
True love story. Żeby mógł być happy end musi być też ciemna strona mocy
Od adopcji Dextera minęły 4 miesiące. Nie wiem czy właściwie będzie napisać, że to już cztery miesiące czy dopiero cztery? Jedno jest pewne, to jeden z tych najwspanialszych okresów w życiu! Czas w którym nauczyliśmy się żelaznej konsekwencji, pokory, cierpliwości i takiej miłości naprawdę – bezwarunkowej.
Początki nie były najłatwiejsze. Traktował nas jak ufo a mieszkanie jak jakiś statek kosmiczny. Nowe otoczenie było jak obca planeta. Ruch uliczny, często napotykani ludzie także w grupach stanowiły problem. Atakujące siatki z zakupami w przedpokoju, wściekłe kubki z kawą na blacie, które chciały pożreć ciekawskiego psa. Na dokładkę telewizor, który trzeba było obfurczeć, i obwąchać
Na szczęście dla nas pazerność i ciekawość zawsze wygrywała. Gotowane serduszka i zakazane parówki przekonały go, że fajne z nas człowieki.
Kiedy Dex już się przełamał i zaczął nam ufać, trzeba było zmierzyć się z kwitnącym lękiem separacyjnym. Szkoły są różne, ale u nas bardzo pomogło ustanowienie rytuałów i znalezienie trudnych w rozpracowaniu smakowitych wonnych gryzaków. Nasz dzień wyglądał następująco. Rano wstajemy, pani bierze prysznic je śniadanie i wychodzi na godzinny spacer z psem, potem wracamy szykuje psu miskę z karmą, gryzak i opcjonalnie konga. Przebiera się, pies dostaje jedzenie a potem zostawia psu smakołyki i wychodzi. To tak bardzo po krótce… Z czasem te rytuały uległy rozluźnieniu, forma się zmieniła
Po koło dwóch tygodniach nastąpił moment krytyczny… Dex stał się specjalistą ds. testów i walidacji. Nasz mały specjalista zaczął się bardzo emocjonować, pokazywać co ma za uszami. Miał kłopoty z panowaniem nad emocjami. Na dokładkę doszło nadmierne przywiązanie (patrz lęk separacyjny). Rozrabiaka skakał jak sprężynka, podszczypywał, łapał za ubrania, poganiał przy wychodzeniu na spacery. W takich sytuacjach przydało się doświadczenie, za które do końca życia będę wdzięczna naszemu przyjacielowi Baskiemu, który teraz kibicuje nam już zza TM
Tu kłania się konsekwencja. Każdy jego niepożądany wybryk skutkował konkretnymi konsekwencjami. Z całą resztą jego pomysłów było podobnie, trzeba było znaleźć metodę na każdy jego niecny plan ]:>
Przyznać się muszę, że był to czas dla mnie szczególny… i nawet przez chwilkę nie lubiłam Dexa Wkurzał mnie nie miłosiernie ta jego upartość i testowanie naginanie zasad, przesuwanie granicy było ciężką próbą mojej cierpliwości… miałam ochotę wysłać go w kosmos choć na chwileczkę.
Jednak tłumaczyłam sobie, że dla niego nowa rzeczywistość, w której się znalazł jest po prostu trudna. Bada w jaki sposób może się w niej poruszać i gdzie są granice, których przekroczyć nie wolno. Tłukłam sobie do głowy, że to psiątko potrzebuje naszej pomocy i że z wszystkim sobie poradzimy. Sami lub przy wsparciu behawiorysty.
Pracowaliśmy nad lękiem przed obcymi, ruchem ulicznym i nowymi miejscami/budynkami. To były dłuuugie godziny i dalekie spacery w miasto nawet w siarczyste mrozy.
Pierwszym naszym celem stała się przychodnia weterynaryjna, do której po raz pierwszy wchodziliśmy 20 minut. Byłam tak zmarznięta po spacerze w miasto przy dużym mrozie, że stwierdziłam teraz albo odmrozimy sobie łapki
Wszedł po długich namowach, sam, pokuszony gotowanym kurczakiem. Trząsł się jak galareta kiedy drzwi się za nami zamknęły. Na szczęście w przychodni nikogo wtedy nie było poza naszą świetną Panią wet. Czarnuch miała możliwość wyciszenia się i włączenia trybu ciekawości. Najważniejszym było, dać mu tyle czasu ile potrzebował. Wyszliśmy na luzie z miłymi skojarzeniami
Powtarzaliśmy takie sesje kilka razy, żeby odwiedził przychodnie i Panią wet bez żadnych przeglądów.

Nadszedł moment sprawdzenia naszych starań, kiedy to Dexter paskudnie rozciął sobie łapę podczas szarżowania z koleżanką nad rzeką. Okazało się, że niezbędna będzie kuracja antybiotykowa co wiązało się z koniecznością podawania zastrzyków przez kilka dni oraz zabiegiem usunięcia części opuszka. Dla zainteresowanych śpieszę donieść, ze zabieg odbył się w znieczuleniu miejscowym(!) na psie leżącym sobie z zadowoleniem i mizianym przez dwie super babki
Nie piszę tego, żeby kogokolwiek nastraszyć, to naturalna kolej rzeczy, świadoma decyzja o adopcji takiego a nie innego psa. Korabki w tym temacie naprawdę pomagają. Wolontariusze i pracownicy dobrze znają psiaki i są w stanie pomóc dobrać psi temperament odpowiedni do naszego
Te problemy, kłopociki nie są w tej historii najważniejsze. Jesteśmy w Dexterze zakochani po uszy – z wzajemnością! Z dnia na dzień zaczął się przed nami otwierać i poznawać uroki życia! Pierwszym dobrem jest oczywiście kanapa! Generalnie jest zakazana, ale wiemy, że jest to jego azyl na czas naszego wyjścia do pracy lub podczas burzy. Jej zalety odkrył już podczas pierwszej nocy u nas.
Kolejnym małym wielkim szczęściem jest wolność początkowo na 10m linie, a następnie już bez smyczy. Na każdym spacerze mamy wrażenie, że Dex nadrabia kilometry, które już dawno powinien pokonać ze swoją rodziną. Robi to ze zdumiewającą prędkością. Jeszcze większą frajdą jest wbieganie i zbieganie po wale rzeki, a następnie gnanie po wodzie rozpryskując ją z impetem!
Dexter opanował już domowy savoir-vivre a także podstawowe posłuszeństwo, a od pewnego czasu jest sportowcem!
Zaczęliśmy uczęszczać na zajęcia z aglity i mamy nadzieje na sukcesy w tej dziedzinie. Kto wie, może kiedyś zobaczycie nas na zawodach ^^ Bardzo byśmy chcieli pokazać, że adopcyjniaki absolutnie w niczym nie ustępują rasowcom.
Dexowi współpraca z człowiekiem daje dużo radości, takiej obopólnej bo każdy jego sukces jest naszym sukcesem.
Co tu dużo pisać, nasz czarnuch jest po prostu wspaniałym przyjacielem, nauczycielem i towarzyszem!

Pozdrawiamy
Monika, Mariusz i Dexter!
----------
Jeśli chcesz adoptować od nas przyjaciela, wejdź na www.schronisko.info.pl/adopcje
Pomagamy w transporcie w każdy rejon Polski za zwrot kosztów podróży.
Nie możesz adoptować? Nakarm za 2zł.
www.schronisko.info.pl/nakarm-zwierzaka lub
Zostać Wirtualnym Opiekunem zwierzaka.
http://schronisko.info.pl/adopcje/adopcje-wirtualne

Czytaj więcej...

Mądra adopcja - jak postępować z psem ze schroniska - historia Martini

piątek, 06 czerwiec 2014
Oceń ten artykuł
(12 głosów)
Ostatnio zmieniany poniedziałek, 30 listopad -0001 00:00

Myślisz o adopcji psa ze schroniska? Masz obawy? Nie wiesz, jak się zachowywać?
Przeczytaj historię Magdy i Martini. Otwórz serca na psy ze schroniska. Dasz sobie radę! A dołączy do Ciebie prawdziwy Przyjaciel.

--------------------------
Martini – jesteśmy razem już miesiąc!

Pamiętam moment, kiedy pojawił się pierwszy post z Martini. Już wtedy jakoś szczególnie przykuła moją uwagę, może dlatego, że była taka malutka, wystraszona, budząca natychmiastowe współczucie i czułość. Było to jeszcze kilka dni przed śmiercią mojej ukochanej Suni, z którą wspólnie przeżyłyśmy 12 pięknych lat.

Kiedy Sunia odeszła, obiecywałam sobie, że już żadnych psów, że mieszkam sama, że pracuję, że to niedobre ani dla mnie, bo ogranicza mnie czasowo, ani dla psa, bo nie jestem w stanie mu zapewnić mu stałego towarzystwa. Po dwóch tygodniach usiadłam i bardzo głęboko zastanowiłam się nad tym, czego tak naprawdę chcę. Czy faktycznie pozytywnie odczuwam teraz przyrost wolnego czasu? Czy mniej obowiązków sprawia, że jest mi łatwiej, bardziej komfortowo? Czy mogę znaleźć choć jeden aspekt w sytuacji nieposiadania psa, który istotnie ułatwia mi życie? Zaprzeczając kolejnym pytaniom uświadomiłam sobie, że  przecież ja wiem najlepiej,  czego chcę, co sprawia mi kłopot, a co sprawia, że jestem szczęśliwsza. To truizm, że pies to obowiązek, każdy o tym wie i nie zaprzeczam temu, ale ważniejsze jest to, że to przede wszystkim radość, to harmonia wspólnego życia, rytmu dnia, rytuałów, spacerów.  I że życie jest za krótkie, żeby tego szczęścia się pozbawiać w imię cudzych dobrych rad.

Szybka konsultacja z Mamą, która obiecała pomóc w opiece, mail z przedstawieniem swojej kandydatury na nową panią Marini, telefon do Gosi zajmującej się korabiewickimi adopcjami… i poszło. Gosia już w rozmowie rzetelnie przedstawiła „słabości” Martini, przede wszystkim podejrzenie niedoczynności tarczycy i możliwej konieczności dożywotniego leczenia, jak również wycofanie, lękliwość i potrzebę dużej pracy nad rozwojem. Zachęciło mnie to jeszcze bardziej, pomimo przestróg otoczenia, że dorosły pies, nie wiadomo, czy nie ma jakichś traum nie do pokonania, że można źle trafić. Ja jednak oprócz zaspokojenia swojego „chciejstwa” chciałam jeszcze jakiejś wartości dodanej z faktu zdecydowania się na psa i miałam pełne przekonanie do adopcji.

12 kwietnia pojechałam do Korabiewic (trochę niestandardowo, ale schroniskowe auto miało awarię, więc żeby nie tracić czasu zaproponowałam, że sama przywiozę do siebie Gosię i Martini na wizytę przedadopcyjną). Kiedy przekroczyłam bramę schroniska spodziewałam się zbiorowego szczekania, hałasu i ogromu nieszczęścia. Nic z tych rzeczy, szłam spokojnie alejką otoczoną boksami, a wokół patrzyły na mnie przyjazne pyski i falowały delikatnie ogonki. Żadnego dźwięku, nic. Te psy naprawdę są bardzo dobrze zsocjalizowane, szczególnie  biorąc pod uwagę warunki, ograniczony czas jaki można im poświęcić. Zobaczyłam na żywo efekt wolo-weekendów i rezultaty ciężkiej, ale twórczej pracy wolontariuszy robiących wszystko, aby umożliwić adopcję podopiecznych i ułatwić pracę przyszłym właścicielom.

Tak trafiłam do Martini. Szybkie rozmowy, pożegnania, całuski, łezki w oczach wolontariuszek – Martini w trakcie swojego pobytu w schronisku podbiła niejedno wolo-serce J I pojechałyśmy.

Pierwszy spacer, jazda samochodem, pierwsze chwile razem – to były dla Martini bardzo ciężkie momenty. Jeśli ktoś spodziewa się u psa wybuchu radości i natychmiastowej wdzięczności za podarowanie domu – uprzedzam, to tak nie działa. Gosia uprzedzała mnie, że największym problemem Martini będzie na początku  wychodzenie na spacer. Nie mogłam w to uwierzyć. Jak to, pies nie lubi spacerów? Przecież wszystkie psy to kochają, wszystkie bez wyjątku! A jednak… Martini odczuwała ogromny lęk przed przestrzenią, nowymi sytuacjami, innymi psami, ludźmi, rowerami, samochodami. Każdy mały krok był dla niej okupiony ogromnym stresem, strach ją dosłownie paraliżował.  W tej sytuacji powąchanie źdźbła trawy było niemożliwe, a co dopiero załatwianie potrzeb. Do tego smycz, obroża, schody, nowe miejsca i zapachy – Martini była przerażona. Dostałam mnóstwo wytycznych od Gosi (przedstawię je poniżej omawiając naukę i postępy Martini), część zupełnie zaskakujących i trudnych do zaakceptowania (nie spać z takim tulakiem? jak to?). I się zaczęło. Pierwszy tydzień był, co tu dużo mówić, bardzo ciężki, wymagający dużo cierpliwości, tolerancji i zaangażowania. Po pierwszych dwóch powrotach z pracy nie wiedziałam, czy to na pewno moje mieszkanie – gdyby Martini była silniejsza, pewnie by poprzestawiała jeszcze meble. Do tego niesłabnący strach przed spacerami i w związku z tym załatwianie potrzeb w domu.

Stałe konsultacje z Gosią, lektura poradników psiej psychologii i konsultacja z psim behawiorystą, dużo konsekwencji, cierpliwości i… szczypta zabawy z całego tego procesu – i voilà! Prima sort perfekcyjny pies. Ale po kolei.

Zdroworozsądkową metodą badania zależności przyczynowo - skutkowych ustaliłam sobie ścieżkę działania. Dla mnie najważniejszym na początek było, żeby Martini załatwiała potrzeby na spacerze. Żeby tego dokonać, musiała polubić spacery, a żeby wychodzić na nie chętniej, musiała to robić sama – bo siłowe wnoszenie / wynoszenie bez woli psa nie sprawia, że zacznie cokolwiek lubić. Czyli zaczęliśmy od nauki chodzenia po schodach.

Nauka chodzenia po schodach

Schylona, krok po kroku, wchodziłam / schodziłam z Martini, zachęcając ją aromatycznym smakołykiem. Początkowo za każdy zrobiony przez nią krok, potem co dwa schodki, potem dwa na każde pół piętra, potem co półpiętro. Smakołyków na tym i kolejnych etapach nauki było dużo, stąd zgodnie z sugestią Gosi normalne karmienia ograniczyłam, aby Martini najadała się smakowicie podczas treningów.

Po dwóch dniach Martini śmigała już po schodach bez problemu, aż do wyjścia z klatki. Tu był opór bardzo trudny do pokonania. Mogłabym oczywiście wziąć ją na ręce, ale – powtarzając – nic na siłę. Musiałam sprawić, żeby wyszła sama.

Oswajanie ze spacerami

Smakołyki, smakołyki i jeszcze raz smakołyki. Za kroczek, za pokonanie odległości smyczy. Przechodziłam kilka kroków, kucałam wyciągając rękę ze smakołykiem – podchodziła. Kiedy siedziałyśmy i widziałam, że zaraz może się czegoś wystraszyć, np. roweru, odpowiednio wcześniej podawałam smakołyk, żeby nie koncentrowała się na stresującym obiekcie, ale by go zauważyła. Jeśli jednak już się wystraszyła – smakołyka nie było, bo za strach nie nagradzamy.

Kiedy przechodzili ludzie życzliwie na nas patrzący, prosiłam, żeby ją pogłaskali, żeby wiedziała, że ludzie nie są źli i straszni (pierwszy raz zrobiła to Gosia, ja powtarzałam kilkakrotnie).

W końcu posiedziałam z nią na trawie jakieś 2 godziny, za blokiem, w miejscu, gdzie bezpośrednio nikt nie przechodził ale widać było na horyzoncie różne dziejące się sytuacje. Siedziałyśmy, patrzyłyśmy, powoli Martini rozluźniała się, zaczęła nawet nieśmiało tarzać się w trawie.

W oswajaniu ze spacerami pomogła też suczka mojej Mamy, Klewisia. Zaczęłam wozić Martini na czas mojej pracy do Mamy i choć ma to swoje minusy (Martini powinna się przyzwyczajać do samotnego przebywania w domu), to jednak miało tez pozytywny wpływ, bo Martini traktuje Klewisię jako wzór postępowania. Już na jednym z pierwszych wspólnych spacerów, kiedy Martini siedziała wystraszona z ogonem podkulonym tak bardzo, ze niemal wystawał jej spod brody, Klewisia podbiegła do niej, liznęła ją po mordce, Martini momentalnie wstała i poszła za nią.

W końcu 18 kwietnia (6 dzień po adopcji)  przyszedł wielki dzień – na spacerze była pierwsza kupa! Fanfary, fajerwerki i eksplozja radości. I smakołyki! Martini spojrzała podejrzliwie, ale zaraz zaczęła skakać z radością ze mną. I chyba stwierdziła, że skoro tak mnie to cieszy, to będzie mi częściej takie frajdy robić, bo od tego momentu załatwianie potrzeb w domu skończyło się na dobre.

Dziś Martini uwielbia spacery. Lubi ludzi, panikuje tylko czasem i głównie przy psach – ale nad tym też pracujemy. Czasem trzymam ją krótko na smyczy i głaszczę innego psa, powoli zaczyna wtedy podchodzić. Nieśmiało, ale znacznie odważniej niż na początku. Stawiam ją w różnych nowych sytuacjach, zabieram na spacer i do centrum miasta i do lasu, i na pizzę i nad Wisłę, wciąż dalej i dalej, odwiedzam z nią moją rodzinę, staram się, żeby miała kontakt z różnymi ludźmi  – im więcej bodźców, tym większy rozwój.

Niszczenie w domu / ustalanie hierarchii

Wspominała o tym Gosia, kropkę nad i postawił behawiorysta – Martini uznała siebie za przewodnika stada. Tendencja do podążania za mną krok w krok nie była wyrazem lęku przed samotnością, a pilnowaniem członka stada. Niszczenie podczas mojej nieobecności nie było wyrazem rozpaczliwej samotności, a nerwami spowodowanymi tym, że stado się rozpierzchło. To było dla mnie bardzo trudne do zauważenia, jak mały, chudy, strachliwy piesek, może czuć się przewodnikiem. A tak było. Kluczem do naprawienia sytuacji było ustalenie hierarchii. Tu szczególnie pomocna jest konsekwencja, której na początku jednak mi brakowało (np. kilka razy pozwoliłam Martini spać ze sobą). Grubą kreską oddzieliłam wpadki pierwszego tygodnia i bez wyjątków zaczęłam stosować poniższe zasady:

- pierwsza przechodzę przez próg – Martini dopiero za mną;

- nie witam się po przyjściu do domu, gdy się cieszy - ignoruję, kiedy skacze – odwracam się plecami. Nic nie mówię.

- nie żegnam się przed wyjściem z domu;

- nie śpię z psem, dając jej noc jako czas samodzielności i jednocześnie stawiając jakieś granice;

- nie reaguję na jej propozycje zabawy czy pieszczot, ignoruję (po czym 5 minut później zapraszam ją do zabawy – ważne, by było to z mojej inicjatywy, a nie reakcja na jej zachowanie);

- zastosowałam czasowo metodę „pozorowanego jedzenia”, czyli podczas posiłku miskę Martini stawiałam na stole obok mojego talerza, po czym kiedy sama skończyłam jeść, kładłam jej miskę na podłodze i wychodziłam z kuchni - tak jak w naturze przewodnik stada je pierwszy, a kiedy już się naje odchodzi dopuszczając członków stada niżej w hierarchii do jedzenia. Wiem, brzmi śmiesznie, ale to bardzo prosta i skuteczna metoda ustalenia hierarchii szalenie czytelna dla psów – w każdym razie w przypadku Martini się sprawdziła.

Już wiem, że Martini zaakceptowała tę sytuację, mało tego, jest znacznie bardziej spokojna, wesoła. Stanie się przewodnikiem stada dla swojego psa to tak naprawdę zdjęcie z niego poczucia odpowiedzialności za stado i wszystkich trosk i nerwów z niego wynikających.

Hierarchia powinna powstrzymać psa przed niszczeniem i już widzę efekty – wcześniej nawet w krótkim czasie Martini potrafiła zrobić demolkę, teraz nie robi nic – ale też nieczęsto zostaje sama w domu. Stosuję więc kilka sztuczek, aby przyzwyczajać ją do samotnego pozostawania. Aby minimalizować emocje związane z moim wyjściem, wprowadzam nieco chaosu do procesu, tj. zakładam kurtkę, buty i… idę do kuchni na kawę. Zgodnie z zaleceniami Gosi, chodzi o to, by osłabić reakcję psa na sam moment wyjścia pana z domu, zgubić go troszkę. Martini nauczyła mnie również porządku – szafki są podomykane, rzeczy, które mogłaby zniszczyć zabezpieczone, pies zostawiany sam jest po spacerze i z pełną miską i gryzakami psimi. I oczywiście wyjście bez pożegnania.

I tu jeszcze jedna uwaga – wszyscy są zgodni co do tego, że pies nie ma pamięci do wydarzeń, więc nie ma co karać psa za zniszczenia czy załatwienie się w domu. Trzeba cicho posprzątać nie mówiąc nic i psa ignorując. Też dziwnie mi było, aż się prosiło, żeby podnieść but i powiedzieć „nie wolno!” – ale skoro mądrzy ludzie mówią, że nie ma sensu, to uwierzyłam, że nie ma J

Wsiadanie i jazda samochodem

To było trudne i opór Martini trwał długo. Zapierała się przy każdej próbie zbliżenia się do samochodu. Nie i już. Zapewne miałabym z tym problem do dzisiejszego dnia, gdybym nie poświęciła  2 razy po pół godziny na wyćwiczenie wsiadania. O współpracę poprosiłam suczkę Klewisię J Na parkingu osiedlowym nie byłoby to możliwe, ale wyjechałam za miasto. W spokojnych warunkach otwierałam drzwi samochodu, wołałam Klewisię, która sama wsiadała i wysiadała dając Martini przykład, a dodatkowo zachęcałam smakołykami. Na progu samochodu, na wycieraczce, na siedzeniu, stopniowo. Martini przełamała się i teraz – aż trudno w to uwierzyć – otwieram drzwi, wołam „hop!” i Martini siedzi dumnie na miejscu pasażera. Lubi jeździć i oglądać ulice. Kolejny przełom – ale tylko dlatego, że skłoniłam ją do tego, żeby zrobiła to samodzielnie, bez wnoszenia na rękach, bez użycia siły.

Dalsza nauka

Załatwiliśmy najbardziej palące problemy i teraz dalsza nauka to czysta przyjemność. Martini wciąż mnie zadziwia swoją błyskotliwością i mam ambicje nauczenia jej kilku przydatnych komend, jak siad, połóż się, noga, zostań. Ostatnie tygodnie pokazały mi, jak wiele można, wystarczy chcieć i poświęcić trochę czasu. I być cierpliwym i konsekwentnym, bo praca nad sobą musi poprzedzać pracę nad psem i potem biec z nią równolegle. Jeśli nie wychodzi – pytanie, czy naprawdę nie wychodzi psu, czy nie wychodzi nam? Czy nie dajemy sprzecznych sygnałów, czy jesteśmy konsekwentni? Należy również zrozumieć, że pies jest psem, nie człowiekiem. Że inaczej myśli, inaczej reaguje, ma inne instynkty. Zrozumienie psiej natury i uszanowanie tych różnic powoduje, że nie staramy się narzucić psu ludzkiego myślenia, ale my uczymy się jego, psiego myślenia i dopiero w zgodzie z nim możemy odnieść pożądane rezultaty nauki.

Teraz Martini ma labę. Miała kompleksowe badania, jest zdrowa, tarczyca ok. Kilka dni temu miała sterylizacje i jako rekonwalescentka spokojnie wypoczywa. Ale wrócimy do nauki, smakołyków i mam nadzieję, że obie będziemy miały z tego dużo przyjemności.

I bardzo się lubimy. Bardzo – bardzo J

Książki godne polecenia

Jan Fannel – Zapomniany język psów
John Fisher – Okiem psa. Poradnik psiej psychologii

Pozdrawiam,
Magda

Czytaj więcej...

Milion dla Miliona

piątek, 30 maj 2014
Oceń ten artykuł
(14 głosów)
Ostatnio zmieniany piątek, 30 maj 2014 12:47

Jestem Milion i za miliony psów zawiedzionych przez człowieka cierpię samotność…

Skąd się wziął w Schronisku w Korabiewicach?
Jest 17 marca 2014. Przyjęliśmy psa w ciężkim stanie. Prócz ran po prawdopodobnym skatowaniu, pies jest również wychudzony. Jest spokojny, bardzo łagodny. Ma ogromny smutek w oczach. Nasze psy schroniskowe mają radosne oczy. To duża różnica. Duża...
*Pierwsza wzmianka o psiaku (kliknij)
*Druga (klikjnij)




"Kiedy patrzę w twoje oczy, staram się nie myśleć... nie myśleć o tym, co przeszedłeś. Opatrując rany czytam z nich historię twojego życia. Kiedy dotykam bolącego miejsca wzdychasz ciężko. Staram się być delikatna, ale i tak wiem, że tym co robię sprawiam Ci ból. Przepraszam... Ale żeby naprawić
to, co Ci zrobił tamten człowiek, nie mogę przestać Cię dotykać. Wytrzymaj jeszcze chwilę... Jeszcze tylko ostatni zastrzyk-jesteś tak wychudzony, że mam kłopoty ze znalezieniem miejsca, gdzie go podać. Już skończone, oboje możemy odetchnąć. Teraz już będzie tylko lepiej.
Kiedy zobaczyłam Cię skulonego przy polnej drodze, w zacinającym deszczu, nie potrafiłam przejechać dalej. Chciałeś do mnie podejść i nie mogłeś - teraz już wiem, dlaczego.
Ból poobijanych łapek, grzbietu i brzucha nie pozwalał Ci się podnieść. I tylko oczy prosiły "nie zostawiaj"... Kiedy wzięłam cię na ręce ufnie wtuliłeś się we mnie. Skąd u Ciebie tyle wiary w człowieka?... Przecież tamten, który ci to zrobił, też był człowiekiem...
Nie masz powodu, żeby lubić nas, ludzi. A jednak poddajesz się naszym działaniom bez cienia protestu. A może po prostu ,w mądrości psa, który przeszedł zbyt wiele wiesz już, że jesteś wśród przyjaciół? Że najgorsze za Tobą. Tamten człowiek już cię nie dotknie. Chodź, pójdziemy razem szukać tych, którzy nam pomogą..." 17 marca 2014 Iwona - tech. wet. z Korabiewic.

Chcemy miliona dla Miliona!
Milion odwiedzin strony www, youtube, milion Fanów na profilu facebookowym, milion lajków…

Milion jest symbolem sytuacji zwierząt nie tylko w Polsce. Tych schroniskowych, tych zupełnie bezdomnych, bezbronnych, tych zawiedzionych przez człowieka w każdy możliwy sposób (porzucanych, rozmnażanych z głupoty bądź/i dla zysku, katowanych, zaniedbywanych, na łańcuchach…). Milion trafił do nas, do Schroniska w Korabiewicach, które onegdaj prowadzone przez słych ludzi, samo było miejscem tragedii zwierząt. Dziś Korabiewice to wyznacznik nowej jakości, nowych szans.

Ponieważ Milion powinien dostać swoją szansę na dom, na poprawę stanu życia, na rehabilitację. Bo by pomóc, trzeba rozesłać informację. Bo tylko pisząc, promując treść, można dotrzeć z nią do ludzi, którzy zechcą zmienić rzeczywistość. Jego rzeczywistość. Rzeczywistość Korabiewic, rzeczywistość schronisk w Polsce.

Daj mu tę szansę. Udostępnij jego historię, by mądry, kochający bezwarunkowo człowiek mógł ofiarować mu ostateczną przystań. Przyjaciół nie można kupować, należy adoptować.
Pamiętaj, zwierzę nie jest rzeczą: www.schronisko.info.pl/adopcje

Nie możesz adoptować?
Wesprzyj finansowo Miliona i jego kolegów ze Schroniska w Korabiewicach, tych kolegów, którzy i swoją samotność cierpią, tych kolegów, którzy pojawią się jeszcze na naszej drodze.
Milion złotych...tyle w ciągu roku kosztuje utrzymanie Schroniska w Korabiewicach. Nasze istnienie jest uzależnione od darowizn, jedynego źródła utrzymania.

Fundacja MRNRZ Viva
03-772 Warszawa, Kawęczyńska 16/42a
28 2030 0045 1110 0000 0255 8170
Z dopiskiem: Darowizna – Milion Lajków

PayPal: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript. lub
 


LUB poprzez szybkie wpłaty na allegro (PayU), gdzie nie trzeba mieć konta, a allegro nie pobiera od nas prowizji:

http://allegro.pl/show_item.php?item=4289631510


Zmieńmy wspólnie historię Miliona ze/i Schroniska w Korabiewicach!
Dziękujemy!
 

 

Media

Czytaj więcej...

Z serii P jak Przyjaciele: WoloDżoli & WoloFranek

środa, 02 kwiecień 2014
Oceń ten artykuł
(1 Głosuj)
Ostatnio zmieniany poniedziałek, 30 listopad -0001 00:00

Z serii P jak Przyjaciele Korabek: WoloDżoli (Magdą zwaną również) & WoloFranek.

Jeśli słyszysz delikatny, wesoły głos, odwracasz się i widzisz szeroko uśmiechniętą, wysoką brunetkę której oczy błyszczą się od pozytywnej energii to zapewne patrzysz na Magdę, czyli WoloDżoli. Kontrą do niej jest Franek - spokojny i wyważony, również bardzo kontaktowy, ale nie tak rozgadany jak pani M, dodatkowo Franek ma umiejętność dbania o bezpieczeństwo innych stworzeń, również dwunożnych. Oboje tworzą parę wolontariacką i przyjeżdżają do Korabek z Łodzi.
Pomocni, pracowici, z dobrym nastawieniem nie tylko do zwierząt, ale i do ludzi - służą radą i dobrym słowem. Żadnej pracy się nie boją. Magda piecze wybitne czekoladowe, wegańskie ciasto - niestety, tak się przyzwyczaiła, że jest z Korabkami od dawna, że ciasto z rzadka już przywozi, co jest oczywiście skandalicznym zachowaniem*.

Tak Magda i Franek piszą o sobie:
"Do Schroniska pierwszy raz przyjechaliśmy w listopadzie 2012 roku przywożąc dary z łódzkiej akcji "Łapówka dla Korabiewic". Na co dzień jesteśmy nauczycielami i koordynatorami łódzkiego oddziału fundacji Viva!. Walka o prawa zwierząt to nasz chleb powszedni od ponad 8lat;-) Korabiewice to przede wszystkim nasi czworonożni i dwunożni przyjaciele. Pomoc w stworzeniu modelowego schroniska, które będzie edukować, uczyć empatii i szacunku dla zwierząt (nie tylko psów i kotów) jest czymś co daje nam ogromne spełnienie. Dlatego wizyta w Korabiewicach jest punktem obowiązkowym każdego tygodnia. Przyjeżdżamy naładować akumulatory, a jak wiadomo najlepiej ładują podczas pracy ze zwierzakami i podczas schroniskowych prac fizycznych w towarzystwie pozytywnych wolontariuszy. Przyjaciele, wspólna pasja i ogromna przestrzeń, która pozwala odpocząć od miejskiego szumu i codziennej gonitwy. Polecamy wszystkim czynne włączenie się w pomoc zwierzętom – życiowe spełnienie gwarantowane:-)."

Jeśli jesteś z Łodzi i chcesz zacząć aktywnie działać na rzecz Korabek, jak i innych zwierząt, to dołącz do:
https://www.facebook.com/Viva.Lodz

----
*przypis red.: podobnym zachowaniem do WoloJustyny, która wymiguje się zepsutym piekarnikiem.

Czytaj więcej...

Z serii P jak Przyjaciele: WoloSiostry - Emila i Lidka

wtorek, 28 styczeń 2014
Oceń ten artykuł
(1 Głosuj)
Ostatnio zmieniany poniedziałek, 30 listopad -0001 00:00

Z serii młodzi P jak Przyjaciele: Siostry Wolontariuszki Emila i Lidka
---
"Emilka to 7-letnia zwierzolubka, od małego uwielbiająca psy i koty. Choć chyba jednak bardziej psy Nie straszne jej ubłocone łapy, ślinotok ani energia wulkanu: zawsze u dziadków wychodziła do ogrodu porzucać psu piłkę, nawet wtedy, gdy była od tegoż psa znacząco mniejsza. Od czasu odwiedzin w Korabiewicach wrażliwość Emilki na los zwierząt jeszcze wzrosła. Teraz ma świadomość, co to oznacza, że ktoś "kupił szczeniaka" (to znaczy, że jeden pies ze schroniska stracił swoją szansę na dom) i co oznaczają wakacje (oznaczają, że źli ludzie pozbywają się "kłopotu"). Ostatnio, kiedy spadł śnieg - który dla większości dzieci oznacza JUPI!! SANECZKI!! - rozpłakała się, że wiele starszych psów spędzi kolejną zimę w schronisku, i nigdy nie pozna miłości człowieka.

Lidka to mały dzikus, jeśli chodzi o zwierzęta. Panikara, która uciekała na widok MUCHY, od pająków dostaje spazmów (no ale w sumie ja też...) a na widok psa zwiewała na drugą stronę ulicy. Teraz jest oswojona ze swoim peśkiem, choć do innych podchodzi nieufnie i rezerwą - w końcu nie są "jej" to co się będzie spoufalać. Wyjątek stanowią psy w Korabkach: kiedy przyjechałyśmy niedawno do schroniska, i wyszłyśmy wspólnie na spacer, była zachwycona mogąc karmić i głaskać psy. Zaskakująca jest przemiana, jaka może się w krótkim czasie dokonać w małym dziecku.

Co dla dzieci oznacza wizyta w schronisku? Wcale nie traumę czy jakieś emocjonalne poharatanie. Byłam zaskoczona, jak dobrze obie zniosły tę pierwszą najważniejszą wizytę: jedna miała niecałe 2 lata, druga 6, i szczerze mówiąc to im się po prostu podobało! Dla mnie najcenniejsza rzecz, jakiej nie przekaże żadna inna edukacja, to świadomość, umiejętność zachowania się wśród psów: Lidka już wie, że psów nie należy się bać (a w każdym razie nie wszystkich) natomiast Emilka wie, że niektóre psy mogą niekoniecznie być zachwycone buziaczkami czy przytulaskami, że mają różne doświadczenia, i że nieostrożnie jest lecieć do każdego napotkanego psa i rzucać mu się na szyję . A ja dzięki temu odetchnęłam.... .

Pies, który stał się w zeszłym roku częścią naszej rodziny, pochodzi ze Schroniska w Korabiewicach. Dokładna przeszłość Mięty nie jest znana: nie wiadomo czy kiedyś miała szczeniaki, gdzie mieszkała ani jakie ma doświadczenia z ludźmi chociażby. To jednak bez znaczenia: od pierwszego spotkania na żywo Mięta zachowywała się tak, że nie mogliśmy spodziewać się lepiej wychowanej domowniczki. Nie była lękliwa, nie narzucała się ze swoją obecnością, nie próbowała wyrwać dzieciom smaczków - chodzący ideał. Najtrudniejsza w adopcji psa okazała się decyzja, na którego się zdecydować? Ja dotychczas nie mogę zapomnieć oczu Bazylii, która tak bardzo tęskni do człowieka, że nawet na smaczki nie zwraca uwagi. Ale na dobre serce trzeba też nałożyć rozum, i nie brać na siebie więcej niż można znieść: teraz mamy jednego psa, o którego jesteśmy w stanie dobrze zadbać, którego kochamy i głaszczemy (i trochę rozpuszczamy...). Nie możemy wziąć wszystkich potrzebujących zwierząt do swojego mieszkania. Nierozsądne adopcje nie przyniosą nic dobrego, bo dobrymi chęciami ... to wiadomo co.
Emilka i Lidka zostały również wirtualnymi opiekunkami Kminka, a cała nasza rodzina będzie aktywnie działać, by znaleźć dobre domy dla niego i dla Bazylii.
Pomaganie z głową to adopcja, wolontariat, zbiórki pieniędzy i darów, edukacja, uświadamianie bliskich i przyjaciół, jak oni mogą włączyć się w pomoc. To niewielkie rzeczy, które razem dużo zmieniają."
/ WoloAnna - mama Lidki i Emilki
---
Jeśli chcecie poznać więcej WoloDzieci zajrzyjcie tu
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.407151512753107.1073741839.404173446384247&type=3

Anna pisała również bardzo ciekawie nt. adopcji Mięty:
http://schronisko.info.pl/o-nas/blog/item/322-moja-mięta-historia-adopcji-ze-schroniska

http://schronisko.info.pl/wolontariat/nasze-artykuly/item/259-dziecko-vs-adopcja-psa

Czytaj więcej...