Schronisko

Switch to desktop
piątek, 15 luty 2013 18:30

Adaptacja adoptowanego Mańka

Oceń ten artykuł
(12 głosów)

Cześć nazywam się Iga. Moja przygoda z Korabiewicami zaczęła się jesienią 2012 roku. Razem z koleżankami z pracy stwierdziłyśmy, iż chcemy zrobić w pracy zbiórkę dla schroniska. Dla Schroniska w Korabiewicach robiłyśmy już raz zbiórkę trzy lata temu, kiedy to zarządzała nim jeszcze M.Sz.
Dzięki profilowi na Facebooku wiedziałyśmy, że od tamtej pory się sporo zmieniło. Postanowiłyśmy pojechać tam ponownie.
 

Przyjechałyśmy tam nie tylko z darami, ale również chciałyśmy jakoś pomóc. Z profilu na Facebooku dowiedziałyśmy się o WoloWeekendach. Przy okazji przyjazdów poznawałam psy korabiewickie.
Zawsze chciałam, aby częścią mojej rodziny był również pies. W Schronisku jest ich oczywiście dużo i każdy potrzebuje dom. Ale ponieważ nie każdy pies pasuje do każdego opiekuna, wiedziałam, że potrzebuje porady.
Przy okazji rozmowy o wolontariacie, WoloIrena opowiedziała mi o Maniusiu. Irko – bardzo dziękujemy. Postanowiliśmy z mężem, że adoptujemy właśnie jego, damy mu dom, ciepło i miłość.
Poinformowaliśmy pracowników, że chcielibyśmy adoptować psiaka. Spacer z Mańkiem (od razu się w nim zakochaliśmy), rozmowy z Gosią (jest odpowiedzialna za adopcje w Schronisku) o nas, o psie – jaki jest, jak się zachowuje, o warunkach jakie możemy mu zapewnić, wizyta przedadopcyjna zakończona wynikiem pozytywnym….i Maniuś trafił do nas do domu. Najwspanialszy pies na świecie.
Małgosia to  osoba niesamowita, z dużą wiedzą. Bardzo pomogła nam w tych pierwszych dniach, kiedy Maniek trafił do nas do domu. Udzieliła nam wielu cennych rad, dzięki którym nie mamy z naszym podopiecznym żadnych problemów. Kiedy miałam jakieś pytania, dzwoniłam do Gosi, a ona chętnie mi odpowiadała, była zawsze pod telefonem. Gosiu –dziękuję serdecznie.

 

Maniuś pierwszego dnia po przyjeździe do nas do domu czuł się trochę niepewnie. Był rozkojarzony po podróży samochodem. Gosia powiedziała, że był niepewny, kiedy wchodził do klatki ( ale jakoś się udało). Nowy dom, nowe zapachy, trochę pozwiedzał i od razu oczywiście przystąpił do przytulania. Nasz kochany pieszczoch! Później przyszedł czas na pierwszy zapoznawczy spacer. Maniuś jak to Maniuś - na spacerze oczywiście bardziej uwagę zwracał na nas, niż na otoczenie.
A później kolejny stres – kąpiel poschroniskowa. Ale Gosia nam pomogła i Maniuś szybko i sprawnie został wykąpany.
Pierwszego dnia zostawiliśmy go dwa razy samego w domu na ok 15-20min i nic nie nabroił, była cisza i spokój. Nie szczekał, nie piszczał i nic nie zniszczył.
Oczywiście liczyliśmy się z tym, że to może się zmienić. Byliśmy tez bardzo miło zaskoczeni, że się nie załatwił nam w domu. Byliśmy przygotowani na to, że na początku takie sytuacje mogą mieć miejsce – w końcu nie musiał być tego nauczony.


Przez dwa pierwsze dni przez stres oraz zmianę miejsca pobytu (wcześniej buda i dwór, teraz ciepłe mieszkanko) Maniuś bardzo ziajał, ale powoli się uspokajał i zaczął normalnie oddychać.
 

Po kilkunastu spacerach był już zdecydowanie spokojniejszy,  przestał bać się samochodów, grzecznie chodził na smyczy. Zgodnie z tym, co ustaliliśmy z Gosią, codziennie zostawialiśmy go na co raz dłużej samego w domu. Tak, aby mógł się przyzwyczaić do sytuacji, kiedy będzie w domu sam oraz żeby zobaczył, że to nic strasznego i że zawsze do niego wracamy.
Mieliśmy jeden problem na początku, którym się bardzo martwiłam - Maniuś nie siusiał. Zadzwoniłam do Gosi, żeby zapytać się czy aby reakcja stresowa. Gosia potwierdziła moją teorię. Podobno większość psów tak ma.
Nawet nie wiecie, jak bardzo się ucieszyłam, kiedy pierwszy raz się wysiusiał! Drugiego dnia pobytu Mańka u nas byliśmy z nim również u weta. Zbadał Maniusia - powiedział, że jak na psa ze schroniska to wygląda dobrze. Podobno był troszkę podziębiony – ale nic więcej. A samą podróż samochodem do weta przeżył dobrze.
 

Po około trzech dniach zaczął się aklimatyzować. Rozpoczął zwiedzanie całego mieszkania, na spacerach ogonek w górze – dobry znak! Zainteresował się zwykłymi czynnościami domowym. W domu chodził za mną do kuchni i obserwował, co robię. Dla kogoś z boku, może i normalne, dla nas to był mega krok do przodu. Takie rzeczy jak: ziewanie, przeciąganie się, rozkładanie na dywanie, posłaniu, bardzo nas cieszyły. Przestał leżeć zwinięty w kulkę. Mąż zainstalował w domu kamerkę, aby w tych pierwszych dniach móc go obserwować, co robi podczas naszej nieobecności w domu. Ale Maniuś to grzeczny pies i cały czas spał.
 

Z każdym dniem było co raz lepiej, doszła zabawa na dworze. Nasza psina bardzo lubi śnieg. Jak tylko nasypało śniegu, zaczął się bawić.
W dalszym ciągu boi się windy. Staramy się go nauczyć i pokazać, że to nic strasznego. Raz wsiada, raz nie. Mamy nadzieję, że jeszcze trochę i się przyzwyczai. Na szczęście mieszkamy na parterze, a z widny korzystamy bardzo rzadko – tylko jak chcemy odwiedzić np. babcię. Muszę zaznaczyć, że Maniuś bardzo polubił rodziców i dziadków.. i z wzajemnością oczywiście. Uwielbia ich odwiedzać, oczywiście jest przez nich rozpieszczany.
 

Po kilku dniach przynieśliśmy do domu jeszcze jednego lokatora, a właściwie lokatorkę: Tolkę - naszego króliczka. Królik był u rodziców, aby po pierwsze nie stresować Mańka i Tolki, a po drugie nie widzieliśmy, czy Maniuś nie ma pcheł. Woleliśmy zachować ostrożność. Poznali się już parę dni wcześniej przez klatkę,  kiedy byliśmy u rodziców. Maniek nie zwracał uwagi na Tolkę, a Tolka, jak nie ona,  w ogóle nie była zestresowana, tylko zainteresowana. W związku z tym postanowiliśmy wrócić z nią do domu. Ani Maniuś ani Tolka nie wykazywali żadnych negatywnych emocji.
Wszystko szło dobrze, dlatego następnego dnia wypuściliśmy Tolkę z klatki, żeby zobaczyć,  jak zwierzaki będą się dogadywać.
Maniuś na Tolkę w ogóle nie zwraca uwagi, a Tolka jest mega szczęśliwa z powodu nowego kolegi.  Oczywiście zwierzaki są cały czas przez nas pilnowane, ale naprawdę się zakolegowały.
 

Maniuś jest już u nas miesiąc … jak ten czas szybko leci. Psina ma ogromne pokłady energii oraz chęć do zabawy. Zaczął już sam z siebie bawić się swoimi zabawkami. Wcześniej chyba nie bardzo wiedział do czego służą. Na spacerach zachowuje się przepięknie: pełen energii, wesoły, zakolegował się już nawet z sunią z sąsiedztwa. Jak było wcześniej, tak zostało: sunie uwielbia, psy toleruje. Grzecznie chodzi na smyczy. Zdarza mu się, gdy jesteśmy blisko domu, ciągnąć na smyczy – pracujemy nad tym. W domu do tej pory nic nie jest zniszczone, grzecznie zostaje sam. A gdy wracamy do domu,  to od razu zaprasza nas do zabawy i do przytulania oczywiście.  Apetyt ma i to spory. Dostaje gotowane jedzenie, które zjada ze smakiem.
Bardzo się do nas przywiązał, a my do niego. Uwielbiamy nasze wspólne spacery i tę jego ucieszoną mordkę. Cudowny widok, nasz kochany Maniuś.
 

Adopcja to cudowna sprawa. Najbardziej cieszy widok tego,  jak pies zmienia się na twoich oczach, jak zaczyna ci ufać, staje się coraz bardziej pewny i widzi, że nic mu nie grozi. Początki są o tyle trudne, że nie zna się reakcji, ani zachowania psa, pies nie zna nas, naszych przyzwyczajeń. Psiaki w sytuacjach stresowych różnie reagują, trzeba mieć to na uwadze i być wyrozumiałym oraz cierpliwym. Traktować je tak, jakby samym chciałoby się być traktowanym w nowym, nieznanym dla siebie otoczeniu. Na to potrzeba czasu i chęci.
A że później widzi się postępy, zaufanie w oczach psa, rodzącą się więź… Tego nie da się niczym zastąpić, ani kupić za żadne pieniądze.


Kochamy Cię Maniusiu najmocniej na świcie.
Iga i Kuba

Ostatnio zmieniany piątek, 15 luty 2013 18:35
Zaloguj się by skomentować