Schronisko

Switch to desktop
piątek, 19 kwiecień 2013 09:49

Ciężki rok pozytywnych zmian

Oceń ten artykuł
(2 głosów)
Rotek - pierwszy pies adoptowany  po otwarciu bram. Rotek - pierwszy pies adoptowany po otwarciu bram.

Za Schroniskiem w Korabiewicach pierwsza rocznica w nowej erze tego odczarowanego miejsca. Jako nowy wolontariusz, przybyły do Schroniska we wrześniu 2012, chciałam stworzyć artykuł na jubileusz w formie pamiętnika. Gdy jednak dostałam próbkę myśli od Agaty (obecnego kierownika placówki) i Rafała (pracownika z najdłuższym stażem), zmieniłam koncepcję i postanowiłam przedstawić historię Schroniska widzianą ich oczami. Historię ciężkiej pracy, poświęcenia i pozytywnych emocji.

[Rafał]
Pierwszy raz przyjechałem do Korabiewic jesienią 2011 r. razem ze znajomymi na kolejną interwencję - chciałem zobaczyć jak 'to schronisko wygląda.
Myśleliśmy, że uda nam się wejść na jego teren, coś zrobić, zabrać psy w najgorszym stanie. Niestety brama była zamknięta na kłódkę. Przed bramą były dwa psiaki, w tym sunia z wyciągniętymi sutkami. Rozpoczęły się poszukiwania szczeniaków, mleko w sutkach wskazywało, że gdzieś muszą być. Po kilkunastu minutach znaleźliśmy je, wszystkie siedem. Leżały nieopodal schroniska w malutkim dołku w szczerym polu.
Drugi raz to był luty 2012 r. Dostałem telefon, że Agata szuka chętnych do pomocy. Akurat miałem wolne w pracy, więc zdecydowałem się pojechać. Po wejściu na teren przeżyłem szok. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego zgromadzenia zwierząt, w dodatku nie wyglądających najlepiej.
Pierwszego dnia zobaczyłem po raz pierwszy stajnię i konie. Tu także nie wierzyłem własnym oczom: półmetrowa warstwa zamarzniętego obornika, w żadnej z przegród nie było desek, wszędzie odstające metalowe części konstrukcji. Pomyślałem: jak te konie mogą tak żyć? Konie oczywiście też nie były w najlepszym stanie - wystające żebra, boki oblepione odchodami, niektóre z ranami na nogach.
Dalej przeszliśmy do części zwanej „betonami”. W tym rejonie psy wyglądały najgorzej i miały też najgorsze warunki: co druga buda rozwalona, zapadająca się w ziemi. Wszędzie pełno było odchodów.
Pamiętam licznych wolontariuszy, którzy przyjeżdżali z karmą i karmili psy, przyjeżdżała też straż pożarna z wodą. Wtedy zbieraliśmy się wszyscy i roznosiliśmy ją po boksach. Resztę wlewaliśmy do kilku zbiorników, aby było co dać kolejnego dnia, ponieważ straż przyjeżdżała co drugi dzień.
 

Karma, która znajdowała się przy bramie głównej, rozwożona była taczkami w każdy zakątek schroniska i rzucana przez pracowników na ziemię lub do bud, bo nie było misek. Zajmowało to około 7 godzin dziennie.
Przyjeżdżałem do Korabiewic w każdej wolnej chwili, czasami codziennie. Po jakimś czasie dostałem propozycję pracy na stałe. Zostawiłem swoją poprzednią pracę i, co za tym idzie, również życie codzienne.
W Schronisku wspólnie z Agatą pracowaliśmy po kilkanaście godzin dziennie. Na początku marca, gdy stopniał śnieg, ukazał się bród, niezliczone ilości przeterminowanych wędlin, opakowań po nich, nawet w żołądkach niektórych psów, jak się później okazało. Ten marzec był najgorszy – roztopy, wszędzie pełno wody i błota, szybkie przenoszenie psów z zalanych boksów, wszędzie rozpływające się odchody, woda w stajni. Wówczas poznałem też naszego obecnego weterynarza Kamila, który dzięki Fundacji Ostatnia Szansa przyjechał do nas, aby ocenić stan naszych psów.
Kamil został w Schronisku na stałe. Po jakimś czasie ruszyliśmy ze sterylizacjami w gabinecie na terenie Schroniska, który to gabinet również samodzielnie przygotowaliśmy. Wcześniej ciężarne suki, jak i wszystkie ranne psy woziliśmy do pobliskich lecznic. Wtedy też poznałem Magdę i Pawła, którzy przyjechali wyłapać najdziksze i najmniej obsługiwalne psy.
Oni także przyjeżdżali coraz częściej, aż zostali na stałe. Od nich i od Agaty dowiedziałem się, co to znaczy prawdziwa przyjaźń, są to jedyne osoby, na które zawsze mogę liczyć.
Same początki mogę uznać za ciężkie. Ale z biegiem czasu było już lżej – przyszli nowi pracownicy do obsługi psów, ja zająłem się końmi i resztą wielkogabarytowych zwierząt. Lato upłynęło, nastała jesień. Jesienią zajęliśmy się przygotowaniem do zimy, pierwszym i najważniejszym planem był remont bud, które wymagały naprawy. Częściowo udało nam się je naprawić. Wcześniej nastąpił remont stajni, co było dla mnie najcenniejszym wydarzeniem.
Jesienią 2012 r. poznałem też wolontariuszki działające w innych schroniskach, które postanowiły odwiedzić Korabiewice. Jedna z nich, Irena, zajęła się m.in. stroną Schroniska na Facebooku. Rozkręciła ją na tyle, że uzbierała pieniądze na jakieś 100 bud dla psów, dzięki niej do Korabiewic przyjeżdża coraz więcej wolontariuszy.
Podziękowania należą się również Gosi, Dorocie i Marcie za pełne zaangażowanie w sprawach dobrych adopcji. Dzięki tym dziewczynom wiele psów znalazło domy i – co najważniejsze – wiedzą, co to smycz (a nie łańcuch) i ludzka miłość.
Po roku Nowego Schroniska mogę śmiało stwierdzić, że to był dobry czas, pełen ciężkiej pracy i zmian na lepsze.


[Agata]
Szczęśliwa trzynastka
Dzień, którego nigdy nie zapomnę – poniedziałek 13 lutego 2012 roku.  Po latach walki o zwierzęta przebywające w schronisku w Korabiewicach po raz pierwszy udało się nam stanąć za bramą, a nie tylko przed nią.
Dzień wcześniej odebrałam telefon z informacją, że właściciel terenu prosi o pomoc, gdyż w schronisku nie ma pracowników, karmy, wody, prądu. Bez chwili zastanowienia podjęliśmy decyzję, że organizujemy siły i ruszamy z odsieczą. W poniedziałek więc pojawiliśmy się z karmą i kilkoma wolontariuszami i, przerażeni ogromem pracy i ilością zwierząt, zaczęliśmy działać. Zadawałam sobie proste pytania: „Nie ma wody – jak załatwić wodę?”, „Nie ma jedzenia, jak załatwić jedzenie?”, „Czym, u licha, karmi się niedźwiedzie?”, „Co się robi z tonami śmieci?” i wiele innych. W tym te najtrudniejsze.
Jak, mając kadrę pracowniczą złożoną z szemranych ludzi, obsłużyć prawie 600 zwierząt różnych gatunków? Trzeba było szybko wykastrować suki, żeby we wszystkich norach nie pojawiły się szczenięta.
Wybłagaliśmy straż pożarną o przyjazd z wozem pełnym wody. Zabraliśmy się za karmienie – karmę rozwoziliśmy po całym terenie na taczkach, roznosiliśmy w rękach. Kolejny cel – odszukać jak największą liczbę zwierząt, ponieważ psy biegały wszędzie, były pozamykane w różnych miejscach, niekoniecznie właściwych.
Pierwszego dnia skończyliśmy działać po godzinie 17, kiedy nie było nic już widać. Następnego dnia stawiliśmy się na 8 rano.


Ludzie – na początku była ich garstka
Szukaliśmy osoby, która mogłaby koordynować prace na miejscu. Nie było lasu rąk, więc padło na mnie. Mieszkając na końcu warszawskiej Białołęki, dwie godziny drogi od Schroniska, a w zimie czasem i trzy, zaczęłam organizować ludzi do pomocy, karmę, weterynarza, kliniki weterynaryjne, wodę, pracowników. Na szczęście moi przyjaciele, przyjaciele z Fundacji Viva i innych organizacji oraz wolontariusze Korabiewic ruszyli z pomocą.
To osoby, które potrafiły przyjechać, pracować dla zwierząt po swojej pracy zawodowej, brać urlopy czy poświęcać swój wolny na ciężką pracę. Bez nich nie bylibyśmy w stanie ruszyć nawet o krok do przodu.
Bywały jednak i gorsze, trudniejsze dni, kiedy nie było prawie nikogo. Przybywali nowi ludzie, a niektórzy starzy odchodzili.


Chaos początku… i to zimno
Jednak dla mnie pierwsze miesiące to była walka o przetrwanie i zrozumienie, czas wielu kompromisów. Pisząc o walce o przetrwanie, przypominając sobie te chwile, wciąż czuję przeszywające zimno.
Luty 2012 r. był bardzo mroźny, śnieg nie przestawał padać, przy pojeniu z pomocą wozu strażackiego nie sposób było nie zalewać się wodą, a my pracowaliśmy od rano do późnej nocy.
W Schronisku nie było żadnej dokumentacji zwierząt, prawidłowej numeracji boksów, magazynu, ocieplanego pomieszczenia, prądu, wody, stajnia była kompletnie zrujnowana i zagrażała życiu koni, obora się waliła, boksy rozpadały, a o stanie niektórych bud nawet lepiej nie wspominać.
Psy były wszędzie, w każdej części terenu. Wiele z nich biegało luzem, inne były pozamykane w barakach. Praktycznie wszystkie suki niewysterylizowane, wiele już w zaawansowanej ciąży. Już pierwszego dnia znaleźliśmy pozamarzane ciała psów.
Koty miały nieco lepiej – dzięki Fundacji Jokot, która tuż przed naszym przybyciem zabrała większość kotów do domów tymczasowych i wysterylizowała, zostało ich niewiele. Nawet to ograniczenie liczebności nie zmieniło tego, że w starej kociarni znaleźliśmy jednego martwego kociego podrostka, a w nowej – kociaka w stanie agonalnym, który mimo akcji ratunkowej w klinice nie przeżył.
O koniach także nic nie było wiadomo. Miały wszy, pasożyty wewnętrzne, grzybicę. Jedna z klaczy musiała od razu wyjechać na stacjonarne leczenie, ponieważ niegojące się rany groziły infekcją stawów i śmiercią zwierzęcia.


Opieka weterynaryjna – Kamil
Kiedy udało się znaleźć weterynarza doświadczonego i gotowego do pracy w trudnych warunkach, czasem asystowaliśmy i pomagaliśmy mu do 1–2 w nocy. Ratował nas agregat prądotwórczy od jednego z wolontariuszy. Dzięki niemu mieliśmy choć jedną działającą lampę i sterylizator do narzędzi. Ratował nas też sam weterynarz – młody, zawsze uśmiechnięty i gotowy na wszystko. Kamil potrafił niezrażony mrozem i śniegiem, jedynie przy świetle latarki typować psy do zabiegów, podzielić swoją wiedzę przez nasze możliwości i stosować rozwiązania, które ratowały życie. Na wysokości zadania stanęły także pobliskie kliniki weterynaryjne, przyjmowały od nas tyle psów, ile tylko mogły pomieścić, leczyły, sterylizowały, OSWOJAŁY.


Na początku był Rafał, Magda i Paweł
Wspominając początki, zawsze myślę w liczbie mnogiej – nigdy nie byłam sama. Na moje i Korabiewic szczęście pojawił się jeden wolontariusz z codziennie gotowymi do pracy silnymi rękami, dużą wytrzymałością  i wewnętrznym spokojem. Rafał miał przyjechać raz, może dwa, trzy razy... Miał wolniejsze dni w pracy ze względu na zimę, trochę wolnego czasu, chciał pomóc.
Pomagał codziennie, we wszystkim. Sama nie miałbym siły i odwagi stawić czoła wszystkim przeciwnościom losu na miejscu. Dopiero po trzech miesiącach zgodził się przyjąć ofertę pracy i zostać z nami. Jest tu do dziś i jak mało kto zna to miejsce i mieszkańców Schroniska. Dziś zajmuje się zwierzętami gospodarskimi i wszystkim, co w danej chwili jest potrzebne.
Z odsieczą w marcu 2012 r. przybyła także grupa interwencyjna Vivy – Magda i Paweł. Mieli pomóc w odłowieniu co dzikszych psów. Żadnej pracy się nie bali. Nosili z nami budy, sprzątali boksy, zajmowali się lecznicą, przez wielkie błoto nosili klatki z psami, nie raz ryzykowali silnym pogryzieniem. Mieliśmy tylko parę klatek w lecznicy, masę suk w ciąży w każdej części Schroniska. Jedne z nich były ranne, inne ciężarne, z guzami, stare. Tylko niektóre psy potrafiły chodzić na smyczach, większość uciekała na sam widok ludzi.
Tym psom trzeba było podać leki, tamtym zdjąć szwy, kolejna dzika sunia była w ciąży, kolejne stare psy trzeba przenieść bliżej lecznicy, aby mieć je na oku. I tak w koło.
Marzec stał pod znakiem pracy u podstaw. Skupieni byliśmy na dbaniu o to, za co z dnia na dzień wzięliśmy odpowiedzialność – zwierzęta. Nikt nie myślał o spacerach, socjalizacji, remontach, ulepszeniach. Najważniejsze, żeby codziennie były nakarmione, napojone i żeby zapewnić im opiekę weterynaryjną.
Magda i Paweł mieli wpaść kilka razy, pomóc przy najtrudniejszych rzeczach, a zostali z nami aż do września.


Oni
Na terenie Schroniska mieszkali były pracownicy i kierownictwo. Nie mieliśmy dostępu do ponad 60 psów w jednym z budynków, a wrogo nastawione do nas osoby, w dodatku oskarżone o znęcanie się nad zwierzętami, miały dostęp wszędzie.
Nie raz zdarzyło się nam uchronić zwierzę przed tragedią, bo ktoś przełożył je do innego bosku lub otworzył boks, niestety również nieraz nie udało się zdążyć. Zdarzało się nam znaleźć nowe zwierzę przyjęte bez naszej wiedzy.
W tym wszystkim musieliśmy zachować spokój, nie pozwalać sobie na emocje i chwile słabości. Przez pierwsze miesiące cały czas groziła nam eksmisja, więc większe prace budowlano-remontowe musiały poczekać.
Do tego wszystkiego „oni” otaczali nas także poza bramami Schroniska. Nie chcieli dyskutować, zobaczyć, wysłuchać i pomóc. Czasem czytając, jak bardzo jesteśmy źli, zaciskałam zęby i pracowałam dalej. Jednak nie udało im się zmienić tego, że my idziemy do przodu, a za nami wielka grupa zdeterminowanych ludzi.


Kwiecień 2012 r.
W kwietniu w końcu udało się wynieść większość psów z domu byłej kierowniczki terenu. To, co tam zobaczyliśmy, powaliło nas na kolana. Psy, głównie śliczne, malutkie i na pewno kiedyś domowe… były zaniedbane, brudne, śmierdzące, żyły na tym, co same codziennie produkowały, a część z nich spała na od lat nieotwieranych workach z karmą. Prawie wszystkie były dzikie. Musieliśmy wszystkie odłowić i przenieść do zewnętrznych boksów, gdzie później zajęła się nimi wolontariuszka Dorota. Większości szybko znalazła nowe domy.
Dopiero pod koniec kwietnia, kiedy popołudniem czuliśmy, że możemy pozwolić sobie na oddech, przyszła nam do głowy myśl, aby zacząć wyprowadzać psy na spacery. Jako pierwsze psy na spacer 23 kwietnia wyszły: White ze mną, Lobo z Magdą i nieżyjący już Szejk z Pawłem. Psy zaskoczyły nas tym, że bez problemów dały sobie założyć obroże i z radością wyszły z nami na wewnętrzną łąkę.


Nie są bezimienne, są nasze
Od początku pracy w Schronisku z każdym dniem było coraz trudniej radzić sobie psychicznie. Każdy zwierzak stawał się nasz. Przerażona sunia w zaawansowanej ciąży stała się Polą, ten z korytarza marengo Mańkiem, a chuda klacz to Dama. Stawały się kimś, nie były szarą masą. Nigdy nie będą.


Nowa kadra pracownicza, nowi wolontariusze
Powoli organizowała się kadra pracownicza. Dziś Korabiewice mają Kasię, która dla lecznicowców jest „mamą”. Kasia zaczynała jako wolontariusz, potem miała pracować tu tylko miesiąc, dwa zanim nie znajdziemy kogoś innego. Mija już dziewięć miesięcy i nie zanosi się na zmiany personalne.
Lecznica i stajnia wzbogaciła się o pełnego zapału i optymizmu Jarka. Prawie od początku jest z nami Krysia, która bez względu na pogodę codziennie karmi wszystkie psy w Schronisku. Niedźwiedzie mają swoja opiekunkę Olimpię, a koordynowaniem adopcji psów zajmuje się Gosia, która dopilnowuje, aby psiaki trafiły do sprawdzonych, odpowiedzialnych domów.
Z każdym dniem zwiększa się liczba stałych, niebojących się żadnej pracy wolontariuszy. Najwięcej osób przyjeżdża do nas w weekendy, ale powoli także w tygodniu pojawiają się chętni do wyprowadzania psów na spacer, socjalizowania ich, innych cięższych pracach. Wzbogaciliśmy się też o osobę, która koordynuje wolontariat, Facebooka, ściąga do nas kolejnych ludzi i organizuje zbiórki na rzecz Schroniska. Bez Rudej kompletnie inaczej wyglądałoby to miejsce. W końcu 100 nowych bud i kilkunastu wolontariuszy to już nie kropla w morzu potrzeb.


Czarek
Nie byłoby ani pierwszego, ani żadnego kolejnego dnia zmieniających się Korabiewic, gdyby nie upór Prezesa Fundacji Viva. Od początku wziął na siebie całe ryzyko akcji, postawił wszystko na jedną kartę i pracował, pracował, ciągle i wciąż pracował, by postawić Korabiewice na nogi, ale nie dobić całej Fundacji. W końcu Korabiewice są finansową studnią bez dna, nadal.
Jednocześnie przyjmował na siebie ataki w mediach. Na niektórych forach pojawiały się informacje, że to wszystko tylko dla pieniędzy, że chcemy jak najszybciej kupić to miejsce i natychmiast je sprzedać pod park rozrywki, supermarket a nawet blokowisko. A wystarczyło choć spojrzeć na mapy, aby ocenić sensowność tych zarzutów.
Mamy o rok więcej

Tymczasem minął rok, a korabiewickie Schronisko rozwija się, remontuje i nie zmierza ku likwidacji, lecz ku spełnieniu naszego wspólnego marzenia: placówki modelowej, w której schronienie znajdują zwierzęta, a ludzie otrzymują edukację i spełnienie. Przed nami jeszcze długa droga, mnóstwo wyzwań i niewyobrażalnie dużo pracy.
Dziś, dzięki ludziom, którzy budują to miejsce: wolontariuszom, pracownikom i darczyńcom, wiem, że marzenia to rzeczywistość w czasie przyszłym.

_____
Jako wolontariuszka, która również włożyła kawał pracy w te zwierzęta i ludzi, proszę Was, abyście i Wy dali temu miejscu cząstkę siebie.
Obiecuję, że ta pozytywna energia wróci do Was. Podwojona!
WoloIrena

>>Zapraszam również do lektury - Korabiewice wczoraj i dziś
>>Zobacz, jak było w lutym 2012, gdy weszliśmy do Schroniska cz. 1 (kliknij)
>>Zobacz, jak było w lutym 2012, gdy weszlismy do Schroniska cz. 2(kliknij)

>>Pierwsza inwentaryzacja zwierząt
>>Pierwsza inwentaryzacja zwierząt (cz2)

 

Pomóż nam przetrwać:




Numer konta Schroniska:
Fundacja MRNRZ Viva
03-772 Warszawa, Kawęczyńska 16/42a;
28 2030 0045 1110 0000 0255 8170
Dla przelewów zza granicy:
XX Oddział BGŻ SA Warszawa ul. Wrocławska 21 , 01-493 Warszawa
IBAN: PL28 2030 0045 1110 0000 0255 8170
Kod Swift GOPZPLPW
Z dopiskiem: Darowizna-lajk

 

Potrzebujemy Waszego wsparcia bardzo, ponieważ to Darczyńcy nas utrzymują.
2zł, 3zł, 5zł - z pozoru niewielka kwota, dla większości Darczyńców nieodczuwalna, ale przekazywana przez Was regularnie robi ogromną różnicę.

*My nie mamy środków od gminy na psy.
*Miesięcznie na wyżywienie zwierząt przeznaczane jest ok 20 000 PLN.

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 16 wrzesień 2013 11:52
Zaloguj się by skomentować