Schronisko

Switch to desktop
piątek, 06 czerwiec 2014 15:52

Mądra adopcja - jak postępować z psem ze schroniska - historia Martini

Oceń ten artykuł
(12 głosów)

Myślisz o adopcji psa ze schroniska? Masz obawy? Nie wiesz, jak się zachowywać?
Przeczytaj historię Magdy i Martini. Otwórz serca na psy ze schroniska. Dasz sobie radę! A dołączy do Ciebie prawdziwy Przyjaciel.

--------------------------
Martini – jesteśmy razem już miesiąc!

Pamiętam moment, kiedy pojawił się pierwszy post z Martini. Już wtedy jakoś szczególnie przykuła moją uwagę, może dlatego, że była taka malutka, wystraszona, budząca natychmiastowe współczucie i czułość. Było to jeszcze kilka dni przed śmiercią mojej ukochanej Suni, z którą wspólnie przeżyłyśmy 12 pięknych lat.

Kiedy Sunia odeszła, obiecywałam sobie, że już żadnych psów, że mieszkam sama, że pracuję, że to niedobre ani dla mnie, bo ogranicza mnie czasowo, ani dla psa, bo nie jestem w stanie mu zapewnić mu stałego towarzystwa. Po dwóch tygodniach usiadłam i bardzo głęboko zastanowiłam się nad tym, czego tak naprawdę chcę. Czy faktycznie pozytywnie odczuwam teraz przyrost wolnego czasu? Czy mniej obowiązków sprawia, że jest mi łatwiej, bardziej komfortowo? Czy mogę znaleźć choć jeden aspekt w sytuacji nieposiadania psa, który istotnie ułatwia mi życie? Zaprzeczając kolejnym pytaniom uświadomiłam sobie, że  przecież ja wiem najlepiej,  czego chcę, co sprawia mi kłopot, a co sprawia, że jestem szczęśliwsza. To truizm, że pies to obowiązek, każdy o tym wie i nie zaprzeczam temu, ale ważniejsze jest to, że to przede wszystkim radość, to harmonia wspólnego życia, rytmu dnia, rytuałów, spacerów.  I że życie jest za krótkie, żeby tego szczęścia się pozbawiać w imię cudzych dobrych rad.

Szybka konsultacja z Mamą, która obiecała pomóc w opiece, mail z przedstawieniem swojej kandydatury na nową panią Marini, telefon do Gosi zajmującej się korabiewickimi adopcjami… i poszło. Gosia już w rozmowie rzetelnie przedstawiła „słabości” Martini, przede wszystkim podejrzenie niedoczynności tarczycy i możliwej konieczności dożywotniego leczenia, jak również wycofanie, lękliwość i potrzebę dużej pracy nad rozwojem. Zachęciło mnie to jeszcze bardziej, pomimo przestróg otoczenia, że dorosły pies, nie wiadomo, czy nie ma jakichś traum nie do pokonania, że można źle trafić. Ja jednak oprócz zaspokojenia swojego „chciejstwa” chciałam jeszcze jakiejś wartości dodanej z faktu zdecydowania się na psa i miałam pełne przekonanie do adopcji.

12 kwietnia pojechałam do Korabiewic (trochę niestandardowo, ale schroniskowe auto miało awarię, więc żeby nie tracić czasu zaproponowałam, że sama przywiozę do siebie Gosię i Martini na wizytę przedadopcyjną). Kiedy przekroczyłam bramę schroniska spodziewałam się zbiorowego szczekania, hałasu i ogromu nieszczęścia. Nic z tych rzeczy, szłam spokojnie alejką otoczoną boksami, a wokół patrzyły na mnie przyjazne pyski i falowały delikatnie ogonki. Żadnego dźwięku, nic. Te psy naprawdę są bardzo dobrze zsocjalizowane, szczególnie  biorąc pod uwagę warunki, ograniczony czas jaki można im poświęcić. Zobaczyłam na żywo efekt wolo-weekendów i rezultaty ciężkiej, ale twórczej pracy wolontariuszy robiących wszystko, aby umożliwić adopcję podopiecznych i ułatwić pracę przyszłym właścicielom.

Tak trafiłam do Martini. Szybkie rozmowy, pożegnania, całuski, łezki w oczach wolontariuszek – Martini w trakcie swojego pobytu w schronisku podbiła niejedno wolo-serce J I pojechałyśmy.

Pierwszy spacer, jazda samochodem, pierwsze chwile razem – to były dla Martini bardzo ciężkie momenty. Jeśli ktoś spodziewa się u psa wybuchu radości i natychmiastowej wdzięczności za podarowanie domu – uprzedzam, to tak nie działa. Gosia uprzedzała mnie, że największym problemem Martini będzie na początku  wychodzenie na spacer. Nie mogłam w to uwierzyć. Jak to, pies nie lubi spacerów? Przecież wszystkie psy to kochają, wszystkie bez wyjątku! A jednak… Martini odczuwała ogromny lęk przed przestrzenią, nowymi sytuacjami, innymi psami, ludźmi, rowerami, samochodami. Każdy mały krok był dla niej okupiony ogromnym stresem, strach ją dosłownie paraliżował.  W tej sytuacji powąchanie źdźbła trawy było niemożliwe, a co dopiero załatwianie potrzeb. Do tego smycz, obroża, schody, nowe miejsca i zapachy – Martini była przerażona. Dostałam mnóstwo wytycznych od Gosi (przedstawię je poniżej omawiając naukę i postępy Martini), część zupełnie zaskakujących i trudnych do zaakceptowania (nie spać z takim tulakiem? jak to?). I się zaczęło. Pierwszy tydzień był, co tu dużo mówić, bardzo ciężki, wymagający dużo cierpliwości, tolerancji i zaangażowania. Po pierwszych dwóch powrotach z pracy nie wiedziałam, czy to na pewno moje mieszkanie – gdyby Martini była silniejsza, pewnie by poprzestawiała jeszcze meble. Do tego niesłabnący strach przed spacerami i w związku z tym załatwianie potrzeb w domu.

Stałe konsultacje z Gosią, lektura poradników psiej psychologii i konsultacja z psim behawiorystą, dużo konsekwencji, cierpliwości i… szczypta zabawy z całego tego procesu – i voilà! Prima sort perfekcyjny pies. Ale po kolei.

Zdroworozsądkową metodą badania zależności przyczynowo - skutkowych ustaliłam sobie ścieżkę działania. Dla mnie najważniejszym na początek było, żeby Martini załatwiała potrzeby na spacerze. Żeby tego dokonać, musiała polubić spacery, a żeby wychodzić na nie chętniej, musiała to robić sama – bo siłowe wnoszenie / wynoszenie bez woli psa nie sprawia, że zacznie cokolwiek lubić. Czyli zaczęliśmy od nauki chodzenia po schodach.

Nauka chodzenia po schodach

Schylona, krok po kroku, wchodziłam / schodziłam z Martini, zachęcając ją aromatycznym smakołykiem. Początkowo za każdy zrobiony przez nią krok, potem co dwa schodki, potem dwa na każde pół piętra, potem co półpiętro. Smakołyków na tym i kolejnych etapach nauki było dużo, stąd zgodnie z sugestią Gosi normalne karmienia ograniczyłam, aby Martini najadała się smakowicie podczas treningów.

Po dwóch dniach Martini śmigała już po schodach bez problemu, aż do wyjścia z klatki. Tu był opór bardzo trudny do pokonania. Mogłabym oczywiście wziąć ją na ręce, ale – powtarzając – nic na siłę. Musiałam sprawić, żeby wyszła sama.

Oswajanie ze spacerami

Smakołyki, smakołyki i jeszcze raz smakołyki. Za kroczek, za pokonanie odległości smyczy. Przechodziłam kilka kroków, kucałam wyciągając rękę ze smakołykiem – podchodziła. Kiedy siedziałyśmy i widziałam, że zaraz może się czegoś wystraszyć, np. roweru, odpowiednio wcześniej podawałam smakołyk, żeby nie koncentrowała się na stresującym obiekcie, ale by go zauważyła. Jeśli jednak już się wystraszyła – smakołyka nie było, bo za strach nie nagradzamy.

Kiedy przechodzili ludzie życzliwie na nas patrzący, prosiłam, żeby ją pogłaskali, żeby wiedziała, że ludzie nie są źli i straszni (pierwszy raz zrobiła to Gosia, ja powtarzałam kilkakrotnie).

W końcu posiedziałam z nią na trawie jakieś 2 godziny, za blokiem, w miejscu, gdzie bezpośrednio nikt nie przechodził ale widać było na horyzoncie różne dziejące się sytuacje. Siedziałyśmy, patrzyłyśmy, powoli Martini rozluźniała się, zaczęła nawet nieśmiało tarzać się w trawie.

W oswajaniu ze spacerami pomogła też suczka mojej Mamy, Klewisia. Zaczęłam wozić Martini na czas mojej pracy do Mamy i choć ma to swoje minusy (Martini powinna się przyzwyczajać do samotnego przebywania w domu), to jednak miało tez pozytywny wpływ, bo Martini traktuje Klewisię jako wzór postępowania. Już na jednym z pierwszych wspólnych spacerów, kiedy Martini siedziała wystraszona z ogonem podkulonym tak bardzo, ze niemal wystawał jej spod brody, Klewisia podbiegła do niej, liznęła ją po mordce, Martini momentalnie wstała i poszła za nią.

W końcu 18 kwietnia (6 dzień po adopcji)  przyszedł wielki dzień – na spacerze była pierwsza kupa! Fanfary, fajerwerki i eksplozja radości. I smakołyki! Martini spojrzała podejrzliwie, ale zaraz zaczęła skakać z radością ze mną. I chyba stwierdziła, że skoro tak mnie to cieszy, to będzie mi częściej takie frajdy robić, bo od tego momentu załatwianie potrzeb w domu skończyło się na dobre.

Dziś Martini uwielbia spacery. Lubi ludzi, panikuje tylko czasem i głównie przy psach – ale nad tym też pracujemy. Czasem trzymam ją krótko na smyczy i głaszczę innego psa, powoli zaczyna wtedy podchodzić. Nieśmiało, ale znacznie odważniej niż na początku. Stawiam ją w różnych nowych sytuacjach, zabieram na spacer i do centrum miasta i do lasu, i na pizzę i nad Wisłę, wciąż dalej i dalej, odwiedzam z nią moją rodzinę, staram się, żeby miała kontakt z różnymi ludźmi  – im więcej bodźców, tym większy rozwój.

Niszczenie w domu / ustalanie hierarchii

Wspominała o tym Gosia, kropkę nad i postawił behawiorysta – Martini uznała siebie za przewodnika stada. Tendencja do podążania za mną krok w krok nie była wyrazem lęku przed samotnością, a pilnowaniem członka stada. Niszczenie podczas mojej nieobecności nie było wyrazem rozpaczliwej samotności, a nerwami spowodowanymi tym, że stado się rozpierzchło. To było dla mnie bardzo trudne do zauważenia, jak mały, chudy, strachliwy piesek, może czuć się przewodnikiem. A tak było. Kluczem do naprawienia sytuacji było ustalenie hierarchii. Tu szczególnie pomocna jest konsekwencja, której na początku jednak mi brakowało (np. kilka razy pozwoliłam Martini spać ze sobą). Grubą kreską oddzieliłam wpadki pierwszego tygodnia i bez wyjątków zaczęłam stosować poniższe zasady:

- pierwsza przechodzę przez próg – Martini dopiero za mną;

- nie witam się po przyjściu do domu, gdy się cieszy - ignoruję, kiedy skacze – odwracam się plecami. Nic nie mówię.

- nie żegnam się przed wyjściem z domu;

- nie śpię z psem, dając jej noc jako czas samodzielności i jednocześnie stawiając jakieś granice;

- nie reaguję na jej propozycje zabawy czy pieszczot, ignoruję (po czym 5 minut później zapraszam ją do zabawy – ważne, by było to z mojej inicjatywy, a nie reakcja na jej zachowanie);

- zastosowałam czasowo metodę „pozorowanego jedzenia”, czyli podczas posiłku miskę Martini stawiałam na stole obok mojego talerza, po czym kiedy sama skończyłam jeść, kładłam jej miskę na podłodze i wychodziłam z kuchni - tak jak w naturze przewodnik stada je pierwszy, a kiedy już się naje odchodzi dopuszczając członków stada niżej w hierarchii do jedzenia. Wiem, brzmi śmiesznie, ale to bardzo prosta i skuteczna metoda ustalenia hierarchii szalenie czytelna dla psów – w każdym razie w przypadku Martini się sprawdziła.

Już wiem, że Martini zaakceptowała tę sytuację, mało tego, jest znacznie bardziej spokojna, wesoła. Stanie się przewodnikiem stada dla swojego psa to tak naprawdę zdjęcie z niego poczucia odpowiedzialności za stado i wszystkich trosk i nerwów z niego wynikających.

Hierarchia powinna powstrzymać psa przed niszczeniem i już widzę efekty – wcześniej nawet w krótkim czasie Martini potrafiła zrobić demolkę, teraz nie robi nic – ale też nieczęsto zostaje sama w domu. Stosuję więc kilka sztuczek, aby przyzwyczajać ją do samotnego pozostawania. Aby minimalizować emocje związane z moim wyjściem, wprowadzam nieco chaosu do procesu, tj. zakładam kurtkę, buty i… idę do kuchni na kawę. Zgodnie z zaleceniami Gosi, chodzi o to, by osłabić reakcję psa na sam moment wyjścia pana z domu, zgubić go troszkę. Martini nauczyła mnie również porządku – szafki są podomykane, rzeczy, które mogłaby zniszczyć zabezpieczone, pies zostawiany sam jest po spacerze i z pełną miską i gryzakami psimi. I oczywiście wyjście bez pożegnania.

I tu jeszcze jedna uwaga – wszyscy są zgodni co do tego, że pies nie ma pamięci do wydarzeń, więc nie ma co karać psa za zniszczenia czy załatwienie się w domu. Trzeba cicho posprzątać nie mówiąc nic i psa ignorując. Też dziwnie mi było, aż się prosiło, żeby podnieść but i powiedzieć „nie wolno!” – ale skoro mądrzy ludzie mówią, że nie ma sensu, to uwierzyłam, że nie ma J

Wsiadanie i jazda samochodem

To było trudne i opór Martini trwał długo. Zapierała się przy każdej próbie zbliżenia się do samochodu. Nie i już. Zapewne miałabym z tym problem do dzisiejszego dnia, gdybym nie poświęciła  2 razy po pół godziny na wyćwiczenie wsiadania. O współpracę poprosiłam suczkę Klewisię J Na parkingu osiedlowym nie byłoby to możliwe, ale wyjechałam za miasto. W spokojnych warunkach otwierałam drzwi samochodu, wołałam Klewisię, która sama wsiadała i wysiadała dając Martini przykład, a dodatkowo zachęcałam smakołykami. Na progu samochodu, na wycieraczce, na siedzeniu, stopniowo. Martini przełamała się i teraz – aż trudno w to uwierzyć – otwieram drzwi, wołam „hop!” i Martini siedzi dumnie na miejscu pasażera. Lubi jeździć i oglądać ulice. Kolejny przełom – ale tylko dlatego, że skłoniłam ją do tego, żeby zrobiła to samodzielnie, bez wnoszenia na rękach, bez użycia siły.

Dalsza nauka

Załatwiliśmy najbardziej palące problemy i teraz dalsza nauka to czysta przyjemność. Martini wciąż mnie zadziwia swoją błyskotliwością i mam ambicje nauczenia jej kilku przydatnych komend, jak siad, połóż się, noga, zostań. Ostatnie tygodnie pokazały mi, jak wiele można, wystarczy chcieć i poświęcić trochę czasu. I być cierpliwym i konsekwentnym, bo praca nad sobą musi poprzedzać pracę nad psem i potem biec z nią równolegle. Jeśli nie wychodzi – pytanie, czy naprawdę nie wychodzi psu, czy nie wychodzi nam? Czy nie dajemy sprzecznych sygnałów, czy jesteśmy konsekwentni? Należy również zrozumieć, że pies jest psem, nie człowiekiem. Że inaczej myśli, inaczej reaguje, ma inne instynkty. Zrozumienie psiej natury i uszanowanie tych różnic powoduje, że nie staramy się narzucić psu ludzkiego myślenia, ale my uczymy się jego, psiego myślenia i dopiero w zgodzie z nim możemy odnieść pożądane rezultaty nauki.

Teraz Martini ma labę. Miała kompleksowe badania, jest zdrowa, tarczyca ok. Kilka dni temu miała sterylizacje i jako rekonwalescentka spokojnie wypoczywa. Ale wrócimy do nauki, smakołyków i mam nadzieję, że obie będziemy miały z tego dużo przyjemności.

I bardzo się lubimy. Bardzo – bardzo J

Książki godne polecenia

Jan Fannel – Zapomniany język psów
John Fisher – Okiem psa. Poradnik psiej psychologii

Pozdrawiam,
Magda

Zaloguj się by skomentować